czwartek, 1 czerwca 2017

Informacja #7

Od pewnego czasu nie mam siły pisać wesołej Chatki, więc stworzyłam coś poważniejszego. Jeśli tęsknicie za wiedźmami i słowiańskim klimatem, tekst o wiedźmie i chowańcu powinien przypaść wam do gustu. Pomysł można spokojnie rozpisać na wiele rozdziałów, ale myślę, że pierwszy całkiem nieźle sprawdza się jako całość. Jeśli zdecydujecie się go przeczytać, koniecznie dajcie znać, co o nim sądzicie (uprzedzam tylko, że ma prawie 12 stron)!

Wiedźma i chowaniec
Rozdział 1
Niedźwiedź

Patrzyłam na swoje dłonie, jakby należały do kogoś innego. Zesztywniałe palce nie przestawały się trząść, choć bardzo starałam się nad nimi zapanować. Spróbowałam niezdarnie schować je za plecami, ale czułam, że jest w tym geście coś nieprzyzwoitego, jakbym chciała ukryć skradzioną sakiewkę na widok zmierzającego w moją stronę strażnika, łudząc się, że przestępstwo ujdzie mi na sucho. Nie miałam pojęcia, co z nimi począć, wiedziałam jednak, że jest jedna, jedyna rzecz, której nie powinnam robić – pokazywać ich zanoszącej się łzami kobiecie. Były unurzane w krwi jej dziecka aż po same łokcie.
Adrenalina, która buzowała w moich żyłach przez ostatnie trzydzieści minut, powoli ustępowała miejsca szokowi i otępieniu. Chciałam coś powiedzieć, ale w głowie jeszcze nigdy nie miałam tak wielkiej pustki. Przepraszam? Naprawdę próbowałam? Nic, co powiem, nie przywróci chłopcu życia. Gdyby tylko mama żyła... Ona wiedziałaby, co powiedzieć – nie! – potrafiłaby uratować dziecko. Była wspaniałą wiedźmą, nie z takimi ranami sobie radziła...
Chłopak leżał na drewnianym stole z twarzą wykrzywioną w agonii i brzuchem rozoranym przez ostre pazury i jeszcze ostrzejsze kły. A krew... krew była wszędzie, tak dużo krwi, skąd w tym małym ciałku tyle krwi?!
Do chaty weszło dwóch mężczyzn z kawałkiem białego materiału, który jeszcze tego wieczora miał posłużyć za całun. Bez słowa podeszli do stołu i z szacunkiem spuścili głowy na krótką chwilę. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że kobieta już nie płacze ani nie krzyczy, ale wyje niczym zwiastująca śmierć szyszymora. Paradoksalnie nigdy nie wydawała mi się bardziej ludzka.
Wyższy mężczyzna o garbatym nosie i wysokim czole otoczył kobietę ramieniem i wyprowadził na zewnątrz, choć opierała się z całych sił, próbując zostać przy małym Witku. Witku, który kilka tygodni temu świętował dziewiąte urodziny. Witku, który chodził z kolegami nad staw łapać żaby. Witku, który wrzucał pasikoniki za kołnierz młynarskiej córki.
Niższy mężczyzna o szerokich, umięśnionych barach – kowal Rogusz – chrząknął znacząco. Spojrzałam na niego półprzytomnie, wciąż myśląc o pokrywającej mnie krwi.
– Niech się pani nie zadręcza. Dzieciak nie miał szans – powiedział łagodnie.
Chciałam wierzyć w to, że miał rację, ale boleśnie zdawałam sobie sprawę ze swoich braków i nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że gdybym tylko wiedziała więcej, umiała więcej, chłopiec wciąż by żył. Nie byłam gotowa na samodzielną praktykę, nie umiałam nawet połowy tego, czego chciała nauczyć mnie matka.
– Posłałem synów po drewno na stos pogrzebowy. – Widząc moje puste spojrzenie, dodał: – Trzeba przygotować ciało.
Skinęłam głową, zrozumiawszy, do czego dążył kowal – moje obowiązki nie dobiegły jeszcze końca. Podeszłam do drewnianej szafki i wyjęłam z niej pęki suszonej bylicy pospolitej i piołunu. Najlepiej zachowane trzy łodygi jednej rośliny i trzy łodygi drugiej ułożyłam naprzemiennie, a następnie związałam białą wstążką. Gdy rośliny zajęły się ogniem, przygasiłam płomienie i pozwoliłam, by pomieszczenie wypełniło się gryzącym dymem; nie zwalczyło to jednak roztaczającego się wokół zapachu śmierci.
Mężczyzna nie próżnował – małe ciałko starannie owinięte w całun, czerwony już od krwi, czekało na ostatni rytuał.
Wiedziałam, co robić. Widziałam mamę, jak wykonywała go wiele razy. Odetchnęłam więc głęboko, próbując zwalczyć odrętwienie. Nie było czasu do stracenia.
Powiodłam dymiącymi ziołami nad materiałem, prosząc duszę Witka, by opuściła ciało i wraz z dymem udała się prosto do Nawii. Powiodłam nad całunem po raz drugi, dotykając stóp, serca i czoła, jednocześnie błagając bogów, by pozwolili chłopcu na spokojną przeprawę. I – wreszcie – po raz trzeci, prosząc, by Witek nie zawracał z obranej drogi, by pozwolił żywym żyć, choć jemu nie było to dane.
Bylica, wypaliwszy się, pokryła materiał prochem, który miał trzymać z dala złośliwe upiory, chcące zawładnąć bezbronnym ciałem, do czasu spalenia na stosie pogrzebowym.
Rogusz uniósł delikatnie chłopca i wyszedł, skinąwszy mi na pożegnanie. Kiedy zostałam sama, straciłam resztki sił i osunęłam się na podłogę. Nie pójdę na pogrzeb. Nie zniosłabym oskarżycielskich spojrzeń, nie dziś, nie teraz, nie po tym, jak byłam świadkiem rozpaczy matki Witka.
Oczy piekły niemiłosiernie, może od dymu, może od wstrzymywanych łez, na które nie mogłam sobie pozwolić przy ludziach – byłam wiedźmą; wiedźmy mają stanowić oparcie, a nie go potrzebować. Poza tym musiałam doprowadzić siebie i to miejsce do porządku. Czułam pod skórą, że to potrwa – nieważne, jak długo będę szorowała, ręce już na zawsze pozostaną czerwone. No i ten zapach... Od dziś znałam odór śmierci i byłam pewna, że nigdy go nie zapomnę.

*

Od pogrzebu Witka minęły trzy dni, a życie w wiosce toczyło się swoim rytmem. Zima tego roku nadeszła znacznie przed czasem i wymroziła sporą część plonów, siejąc grozę większą niż pojedynczy niedźwiedź grasujący w lesie, nawet jeśli zabrał już jedno życie. Mężczyźni z wioski wybrali się, co prawda, na polowanie, ale nigdzie nie mogli znaleźć dzikiego zwierza, więc szybko dali sobie spokój i wrócili do codziennych zajęć.
Tylko ja nie mogłam wygonić śmierci z chaty, choć – bogowie mi świadkiem! – chwytałam się wszelkich znanych sposobów. Nie pomagało palenie ziół, rysowanie znaków ochronnych ani zaklinanie ogniem i wodą. Zawiodła również sól. Zdawało się, że odór zostanie ze mną na zawsze jako kara za poniesioną porażkę. Gdy nie mogłam go już dłużej znieść, wyszłam z chaty na świeże powietrze. Nie pomogło – zapach wgryzł się w ubrania, we włosy, w skórę, nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet na chwilę.
Drogi prowadzące do otaczających moją chatę wiosek znałam jak własną kieszeń. Mieszkałam tu z matką od urodzenia, zawsze na uboczu, jak przystało na wiedźmy – w zasięgu wzroku, ale nie ręki, można by rzec. Wszyscy cieszyli się z obecności wiedźmy w pobliżu, kiedy trzeba było nastawić złamaną kość albo odczynić złośliwy urok, ale nikt nie chciał mieć jej za sąsiadkę. Rozzłościsz taką, a zaraz zrobi użytek z urocznych oczu – krowa mleka nie da, dziecko się rozchoruje, zapasy szczur zeżre... Wyobraźnia ludzka nie miała końca.
Nie zdając sobie z tego sprawy, pozwoliłam, by nogi poniosły mnie w kierunku Lisich Łapek, najbliższej z wiosek. Od kilku dni nie miałam gości. Chciałam wierzyć, że nikt nie potrzebował pomocy, ale skrycie obawiałam się, że śmierć Witka przekonała mieszkańców o mojej nieudolności i będą próbowali leczyć się sami albo pójdą do wiedźmy ze Żmijewa, choć jej dom znajdował się całe trzy dni drogi stąd. Mocno ścisnęłam w garści nóż do zbierania ziół. Bałam się, że natrafię na niedźwiedzia, ale czułam, że jeśli zaraz nie zobaczę drugiego człowieka, zwariuję od otaczającej mnie aury śmierci.
Dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę z tego, jak samolubnie się zachowuję – jeśli ten odór nie jest tylko złudzeniem, znaczyło to, że przyczepiło się do mnie coś bardzo złego, czego zwyczajowe sposoby nie odstraszają. Pójście do wioski, pełnej niewinnych ludzi, było niezwykle lekkomyślnym posunięciem. Chciałam zawrócić, ale nagle dotarło do mnie, że z doskonale znanym mi krajobrazem coś jest nie tak. Nie od razu potrafiłam stwierdzić co, więc uważnie wpatrywałam się w wysokie drzewa rosnące po bokach ścieżki i śnieżnobiały śnieg pokrywający wszystko w zasięgu wzroku. Między drzewami znajdowała się wyrwa, tak jakby drzewo, które kiedyś tam stało, nagle zniknęło.
Niedźwiedź! – pomyślałam przerażona. Żadne inne zwierzę nie wyrwałoby drzewa. Do stu demonów, czy sam niedźwiedź potrafiłby to zrobić? Może czaiło się tam coś o wiele groźniejszego? Poczułam, jak oblewa mnie zimny pot, a nóż w ręce robi się śliski. Obrócę się teraz i jak najciszej wrócę do chaty – postanowiłam. – Na wszelki wypadek zatrę też za sobą ślady.
Choć bardzo starałam się o tym nie myśleć, zdawałam sobie sprawę z tego, że rozdrażniony niedźwiedź, nawet taki, którego wybudzono ze snu zimowego, nie wyrwałby drzewa bez powodu. Co, jeśli zranił kogoś z wioski? Od razu w nozdrza uderzyło mnie wspomnienie wypełniającego chatę odoru śmierci. Zacisnęłam zęby z determinacją. Musiałam pomóc, byłam wiedźmą, do licha! Nie pozwolę już nikomu umrzeć!
Ptaki wesoło ćwierkały – czy to nie znaczyło, że w pobliżu nie ma żadnego drapieżnika? Jak okiem sięgnąć, drzewa nie było widać – może to wieśniacy ścięli je na stos pogrzebowy?
Powoli, gorączkowo ściskając nóż w dłoni, podeszłam do wyrwy i rozejrzałam się dokoła. Żadnych rannych nie dostrzegłam, za to drzewo razem z korzeniami znajdowało się dobre dwie staje dalej, a ten, kto nim rzucił, połamał wszystkie inne stojące mu na drodze. Głośno przełknęłam ślinę, czując, jak cała odwaga poszła mi w pięty. To nie był niedźwiedź. Żaden niedźwiedź nie miałby takiej siły. Do Szumilasu zawitało coś bardzo złego i byłam pewna, że łatwo nie odejdzie. Choć gorąco pragnęłam zaszyć się w domu, byłam boleśnie świadoma tego, że cztery ściany i liche drzwi nie powstrzymają czegoś o tak wielkiej sile. Wieśniacy też sobie z tym nie poradzą. Będziemy musieli poszukać pomocy w stolicy – król powinien wysłać jakieś oddziały do walki... z czym właściwie? Smród śmierci odporny na podstawowe sposoby odstraszania złych mocy, jeden martwy chłopiec i zdemolowany fragment lasu prędzej wywoła śmiech niż przerażenie. Musiałam sprawdzić, czy uda mi się znaleźć coś jeszcze – może ślad łapy w śniegu? To pomogłoby zidentyfikować stworzenie.
Wiedziałam, że powinnam pójść do wioski i opowiedzieć o swoich przypuszczeniach, na wypadek, gdyby nie było pisane mi wrócić. Jednocześnie bałam się, że zaprzepaszczę swoją szansę. Póki co wydawało się bezpiecznie, ale potwór mógł w każdej chwili wrócić. Mogłam też stchórzyć i uznać, że to nie mój problem.
Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Weszłam głębiej w las. To prawda, co mówią – w takich sytuacjach najtrudniejszy jest pierwszy krok.
Ściskając gorączkowo nóż i rozglądając się na boki, starałam się znaleźć coś, cokolwiek. Na pewno nie spodziewałam się czarnego kota w kałuży krwi trzy razy większej od niego, którego pierwotnie wzięłam za kępkę zdartego z grzbietu potwora futra. Jak okiem sięgnąć nie było nic innego. Zwierzak jeszcze żył, ale biorąc pod uwagę rany, które odniósł i ilość straconej krwi, nie miał wielkich szans.
Przygryzłam wargę. Jeśli wrócę z futrzakiem do domu, pewnie stracę możliwość znalezienia śladu. Jeśli zostanę, kot zdechnie.
Zdjęłam ciepłą, futrzaną czapkę i ułożyłam zwierzę w środku, owijając dodatkowo szalikiem. Miałam już dość bycia marną wiedźmą. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby utrzymać malucha przy życiu. Przytuliłam go do piersi, nie spuszczając z oczu pobliskich drzew i wysuwając nóż przed siebie.
– Nie bój się, mały. Będziesz żył – obiecałam, próbując podnieść na duchu raczej samą siebie. Wróciłam do chaty, stąpając najostrożniej, jak potrafiłam, nie niepokojona przez niedźwiedzia ani żadną inną poczwarę.

*
Odłożyłam czapkę z kotem na stół. Zwierzak trzymał się całkiem nieźle, zważywszy na okoliczności.
Zabrałam z dworu miednicę wypełnioną świeżym śniegiem, a następnie przesypałam go do dwóch garnków. Pospiesznie roznieciłam w piecu ogień i ustawiłam na nim naczynia, by śnieg się roztopił. Do pierwszego z nich wrzuciłam pół słoika szyszek chmielu, do drugiego dwie garści melisy. Oba garnki nakryłam przykrywkami dla lepszego efektu. Czekając aż napary się zagotują, odnalazłam czysty materiał na bandaż, a następnie pocięłam go na pasy.
Gdy przykrywki zaczęły podskakiwać, zestawiłam oba garnki z pieca. Lekko przestudzony napar z chmielu przecedziłam do miednicy i zamoczyłam w nim pas materiału. Zaaferowana obróciłam się i omal nie wypuściłam naczynia z rąk. Na stole, zamiast kota, leżał mężczyzna w poszarpanym zakrwawionym ubraniu. Przełknęłam ciężko ślinę i ostrożnie podeszłam do stołu. Nieznajomy obserwował mnie spod na wpół przymkniętych powiek, ciężko oddychając.
– Jesteś ranny – powiedziałam, starając się zapanować nad głosem. – Znalazłam cię w lesie, chcę pomóc. Ten napar – wskazałam na miednicę, którą postawiłam na krześle – oczyści rany.
Dopóki jego ręka nie zatrzymała się tuż przed moją twarzą, nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle się poruszył.
– Wiedźma – syknął cicho.
Skinęłam głową, zezując na wyciągniętą rękę. Nie wyprostował jej do końca, spokojnie mógł zacisnąć dłoń wokół mojej szyi.
– Chcę pomóc – powtórzyłam, słysząc, jak mój głos zadrżał. – Umrzesz, jeśli mi na to nie pozwolisz.
Opuścił rękę, ale nie spuścił ze mnie wzroku. Podeszłam bliżej, odwdzięczając mu się tym samym. Leczenie krnąbrnych dzieciaków ani przestraszonych zwierząt nie było dla mnie nowością, ale nigdy nie miałam do czynienia ze zmiennokształtną istotą. No i ostatni pacjent, którego dostarczono mi w takim stanie, został wyniesiony w całunie pogrzebowym, co wcale nie zwiększało mojej pewności siebie. Na samą myśl o Witku lodowata obręcz zacisnęła się wokół mojego żołądka.
– Będzie boleć – ostrzegłam. Skinął głową.
Nie mogłam przestać się zastanawiać, czy właśnie miałam przed sobą potwora, który wyrwał drzewo i zabił Witka. Poruszał się z nieludzką prędkością, pewnie posiadał też nadludzką siłę... Powinnam pozwolić mu umrzeć? Nie musiałam nic robić, wystarczyło zostawić go samemu sobie.
...ale Witka rozszarpały zwierzęce pazury i zęby – szybki rzut oka na rannego pozwolił mi stwierdzić, że nie miał ani jednego, ani drugiego. Czy on też padł ofiarą niedźwiedzia? Jego rany były zupełnie inne, nie szarpane, ale cięte i kłute. Jakby dorwał się do niego profesjonalny rzeźnik.
Starałam się przemywać rany najdelikatniej, jak potrafiłam – wiedziałam, że zadaję mu ogromny ból, choć on nawet nie drgnął. Byłam pewna, że mężczyzna przede mną nie był człowiekiem – szybkość, niesamowita odporność na ból i rany, od których powinien się wykrwawić. No i był też ten drobny fakt związany z przemianą w kota.
Nagle wyczułam pod palcami coś twardego, a nieznajomy gwałtownie napiął mięśnie i stęknął. Szybko cofnęłam dłoń.
– Coś utkwiło w ranie. Muszę to wyjąć – poinformowałam go, choć wcale nie podobał mi się ten pomysł. Rana znajdowała się bardzo blisko serca, jakby uchylił się w ostatniej chwili.
– Wyciągaj – powiedział przez zaciśnięte zęby.
Włożyłam mu do ust kawałek drewna.
– Zaciśnij – zakomenderowałam i po chwili wahania dodałam: – I postaraj się nie ruszać.
Powinnam go uśpić i mieć pod ręką kilku mężczyzn, którzy by go unieruchomili, ale pod wpływem dotyku z rany znów zaczęła sączyć się krew. Nie miałam czasu do stracenia.
Mężczyzna zacisnął dłonie na krawędziach stołu i chrapliwie wypuścił z płuc powietrze. Szczypce, które wyparzyłam wcześniej, wsunęłam w ranę – pestka, bo rana była wyjątkowo długa i szeroka. Pogmerałam chwilę, mając nadzieję, że pacjent zemdleje. Nic z tego. Natrafiłam na to, co siedziało w ranie, i usłyszałam trzask – gałąź w ustach pękła na dwoje – ale szczypce już były na zewnątrz.
Czarne ostrze sztyletu niemal półtora razy dłuższe od mojego kciuka. O bogowie! Wsadzili mu w pierś sztylet i urwali rękojeść, żeby nie mógł go wyciągnąć. Poczułam, jak trzęsą mi się nogi. Zamiana w kota powinna go zabić – czy właśnie o to mu chodziło? A może liczył, że żelastwo wypadnie, kiedy zmieni się jego rozmiar?
Spojrzałam na zmiennokształtnego z nabożnym strachem. Leżał z zamkniętymi oczami i oddychał głęboko, wypluwszy kawałki drewna. Głęboka czerń jego splątanych, mokrych od potu włosów, dodatkowo uwydatniała nienaturalną bladość skóry, wywołanej bez dwóch zdań ogromną utratą krwi. Prosty nos i wąskie usta pracowały systematycznie, by wyrównać oddech. Ręce zaciśnięte mocno na stole pozostawiły po sobie wgniecenia. Cierpiał, choć nie chciał się do tego przyznać.
– To jeszcze nie koniec – powiedziałam z żalem. – Muszę zasklepić twoją ranę. Nici nie wystarczą. Zostaje ogień.
– Nie – odpowiedział po prostu.
– Nie mam wyjścia...
– Nie – przerwał mi. – Owiń bandażem. Wystarczy.
– Zwariowałeś! Nie po to przez to wszystko przeszłam, żebyś mi się do rana wykrwawił.
– Wystarczy – powiedział ostrzej. – Daj bandaż. Sam się owinę.
Nie miałam wątpliwości co do tożsamości gościa. I wszelkie chęci do kłótni ze mnie uleciały. Chce bandaż, dostanie bandaż.
Podałam mu materiał, którego używałam do obmycia ran naparem z chmielu i kazałam przyciskać do rany, a sama zagotowałam raz jeszcze liście melisy i wytrząsnęłam z szafki ostatnie liście babki lancetowatej, która przyspieszała gojenie. Pośpiesznie przemyłam rany eliksirem odkażającym i pomogłam mężczyźnie usiąść. Nasączyłam czysty pas, nasypałam na niego liście obu ziół i owinęłam jego klatkę piersiową najciaśniej, jak potrafiłam. Nawet nie jęknął. Poruszył się za to na próbę i ostrożnie odetchnął. Skinął lekko głową, ni to mnie, ni samemu sobie.
– Nie prosiłem o pomoc, więc nie jestem ci nic winien – powiedział szorstko, odwracając głowę.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
– O nic nie proszę. Zrobiłam to, co do mnie należało. Mówiłam już, jestem tutejszą wiedźmą.
Nieznajomy prychnął kpiąco, wciąż umykając wzrokiem.
– Nie jesteś pierwszą wiedźmą, z którą mam do czynienia. – W jego głosie dało się dosłyszeć ciche warczenie, które szybko stłumił. Zesztywniałam, niepewna, czy mam to rozumieć jako groźbę. – Wiedźmy nigdy nie robią niczego bezinteresownie.
Wstał i od razu podparł się ręką o krzesło, żeby nie stracić równowagi.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam, popychając go z powrotem na stół, na tyle lekko, by nie spowodować krwotoku, na tyle mocno, by musiał usiąść. – Chowaniec czy nie, na pewno nie jesteś nieśmiertelny.
Mężczyzna podniósł na mnie zaskoczone spojrzenie oczu tak ciemnych, że źrenice zlewały się z tęczówkami.
– Wiesz? – zapytał, nie powstrzymując już rosnącego w gardle warkotu, a mnie przeszedł dreszcz.
– Oczywiście, że wiem – odpowiedziałam spokojnie, nieco się odsuwając. – Nie dalej, jak dwadzieścia minut temu byłeś kotem. Tylko chowańce potrafią zmieniać postać.
– Nie jestem ci nic winny, wiedźmo – wycedził przez zaciśnięte zęby jak najgorszą obelgę.
– Nie wiem, co zrobiły ci inne wiedźmy, ale ja nie mam w zwyczaju żądać więcej niż ktoś mógłby zapłacić. A ty nie wyglądasz na takiego, co miałby, czym zapłacić – odpowiedziałam butnie, ale wiedząc, że nic nie zdziałam bojowym nastawieniem, odetchnęłam i powiedziałam spokojniej: – Póki co musisz odpocząć. W lesie jest niebezpiecznie, zwłaszcza teraz, a ty ledwo trzymasz się na nogach. Zostań. Jeśli dożyjesz rana, nie będę cię powstrzymywać.
– Myślisz, że jestem taki głupi i pozwoliłbym ci się związać? Takiej podrzędnej wiedźmie jak ty?
Spojrzałam na niego ze złością.
– Ta podrzędna wiedźma właśnie uratowała ci życie. Okazałbyś trochę wdzięczności albo przynajmniej ugryzł się kilka razy w język – powiedziałam surowo.
Zmierzyłam go wzrokiem i wbrew wszystkim swoim instynktom, żeby powiedzieć mu do słuchu, odstąpiłam. Podeszłam do pieca i zaczęłam się przy nim krzątać. Jeśli zdecyduje się wyjść, nie będę w stanie go powstrzymać. Chowańce były najgroźniejszymi drapieżnikami stąpającymi po tej ziemi. Nie urodzone, lecz wyhodowane na potrzeby wiedźm. Potężni i nieustraszeni wojownicy, strzegący swoich właścicielek – bo tym właśnie były dla nich wiedźmy: właścicielkami, paniami ich losu.
– Jeśli boisz się, że uczynię cię moim niewolnikiem, niepotrzebnie. Masz moje słowo, że jutro rano pozwolę ci odejść. Nie potrzebuję chowańca. Miałam całe życie na stworzenie własnego, ale, jak widzisz, jestem tu sama – powiedziałam spokojnie, odwrócona do niego plecami. – Zamierzam zrobić kaszę na kolację. To żadne luksusy, ale starczy dla nas dwojga. Jeśli, oczywiście, zostaniesz na tyle długo.
Nie usłyszałam nawet najmniejszego szmeru, założyłam więc, że wciąż tam był. Słyszałam, co prawda, że chowańce potrafią poruszać się bezszelestnie, ale ten był poważnie ranny i miałam nadzieję, że to znacznie ogranicza jego możliwości.
– Mam na imię Mira, a ty?
Odpowiedziała mi cisza.
– Nie uda ci się mnie związać – powiedział po dłuższej chwili, lekko schrypniętym głosem. – Spróbuj, a zrzucą ci się na głowę wszystkie wiedźmy z Lichostajów. Jestem własnością tamtejszej szkoły.
Niezadowolenie w jego głosie było zrozumiałe. Właśnie dlatego nigdy nie zdecydowałam się na stworzenie chowańca. Cóż, właściwie to matka zdecydowała, a ja się z nią zgodziłam. Zniewolenie rozumnej istoty dla własnej zachcianki było okrucieństwem. W dodatku nie miałyśmy powodu do szukania ochrony – w wioskach może i nikt specjalnie nie garnął się do przyjaźni z wiedźmami, ale na pewno nie był na tyle głupi, by się nam narazić. Pomagały w tym całe rzesze zabobonów na temat naszych zdolności. Zresztą chowaniec mógł być własnością tylko jednej wiedźmy i tylko jej jednej służył, drugą wiedźmę albo wieśniaków w każdej chwili mógł potraktować jako zagrożenie. Dwóch chowańców pod jednym dachem oznaczało śmierć jednego z nich – były bardzo terytorialne.
Mnie zaciekawiło jednak co innego.
– Istnieje szkoła dla wiedźm? – zapytałam zaintrygowana, nakładając kaszy do dwóch talerzy; nigdy nie słyszałam o niczym podobnym. – Uczą tam leczyć?
– Wiedźmy? Pewnie tak. Chowańców uczą zabijać – odparł spokojnie, a oczy błysnęły mu złowrogo. Ręka, w której trzymałam talerz z kaszą, zadrżała zdradziecko.
– Dasz radę usiąść na tamtym krześle? – zapytałam, wręczając mu kolację. – Muszę wyszorować stół.
Posłuchał, wąchając zawartość talerza. Widać nie wyczuł nic niepokojącego, bo po chwili zaczął pałaszować ze smakiem drewnianą łyżką. Nabrał też kolorów. Gdyby nie niechlujny wygląd spowodowany walką i mnóstwo bandaży, do głowy by mi nie przyszło, że przed chwilą umierał na stole. Wbrew temu, co oczekiwałam, bandaż nie nasiąknął krwią – czy to możliwe, że regenerował się tak szybko?
– Kogo zabiłaś? – zapytał spokojnym tonem, gdy skończył jeść.
– To twoja krew. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyjesz, bo w lesie straciłeś drugie tyle – odparłam, nie przestając szorować nawet na chwilę. Miałam już dość krwi na najbliższe dziesięciolecia.
– Nie chodzi mi o krew, tylko ten odór śmierci w całej chacie.
Szorowałam jeszcze przez chwilę, aż dotarł do mnie sens słów chowańca. Zrobiło mi się słabo. Podniosłam na niego wzrok – wyglądał na bardzo zadowolonego, gdy pochłaniał moją porcję kaszy, ale nie w głowie było mi teraz jedzenie.
– Czujesz to? – wyszeptałam, mając mroczki przed oczami, i opadłam na krzesło. – Nie wymyśliłam sobie tego, to naprawdę tu jest...
Schowałam twarz w drżących dłoniach.
– Chłopiec – powiedziałam cicho, gdy chrząknął, przypominając o swoim pytaniu. – To znaczy niedźwiedź.
– To chłopiec czy niedźwiedź? Czy chłopiec-niedźwiedź? – zapytał rozbawiony.
Gdy opanowałam się na tyle, by na niego spojrzeć, zobaczyłam, że przygląda mi się, zaintrygowany – jakby stary pies nauczył się na jego oczach nowej sztuczki. Stał nieruchomo, opierając się o piec, na którym zostawiłam garnek z resztą kaszy. Patrzył na mnie bez ruchu, bez jednego mrugnięcia, było w tym coś bardzo nieludzkiego. Mimo to wydawał się podekscytowany. Czy to wzmianka o śmierci tak na niego zadziałała?
– Kilka dni temu coś obudziło niedźwiedzia – powiedziałam ostrożnie. Nie podobało mi się to jego zainteresowanie. – Zaatakował małego chłopca, który bawił się w lesie. Próbowałam go ratować, ale nie potrafiłam. Jestem w tym wszystkim raczej nowa. To znaczy – wyjaśniłam szybko, sama nie wiem dlaczego, nie musiałam mu się przecież z niczego tłumaczyć – jestem wiedźmą od urodzenia, tyle że radzę sobie sama dopiero od wiosny. Wcześniej była ze mną mama, ale zmarła podczas epidemii cholery.
Przyglądał mi się spod zmarszczonych brwi. W zamyśleniu zamieszał łyżką w garnku, po czym wyskrobał resztę kaszy i oblizał łyżkę.
– Kiedy obudził się niedźwiedź? – zapytał po prostu.
– Nie wiem dokładnie. Trzy dni temu zranił Witka, więc nie mogło to być dużo wcześniej. Może ze dwa dni, choć, szczerze mówiąc, wątpię, że przez tyle czasu nie trafiłby do wioski albo na któregoś drwala. Czemu pytasz?
– Dlatego powiedziałaś, że na zewnątrz jest niebezpiecznie? – Zupełnie zignorował moje pytanie.
– Tak. – Wróciłam do szorowania stołu, choć nawet nie łudziłam się, że pozbędę się wszystkich plam. – Jest tam całkiem sporo dzikich zwierząt, ale niedźwiedź jest agresywny. A ty... może na co dzień poradziłbyś sobie z nimi wszystkimi...
– Może? – przerwał mi, ale go zignorowałam.
– Cóż, prawie mi tu umarłeś. Choć teraz wyglądasz znacznie lepiej.
– Wyganiasz mnie? – Uniósł brew prowokująco.
– Nie. Obiecałam, że możesz przenocować, więc dotrzymam słowa. Rano obejrzę twoje rany, a potem droga wolna. Weź moje łóżko, ja prześpię się na piecu.
Przechylił głowę i przez dłuższą chwilę przypatrywał mi się w milczeniu. Powoli przeszedł przez chatę i usiadł na łóżku za moimi plecami. Kątem oka zauważyłam sztywność jego ruchów – czyli jednak nie było z nim tak dobrze, jak mi się wydawało, robił po prostu dobrą minę do złej gry.
– Spotkałaś kiedyś chowańca? – zapytał dziwnym tonem, na który mimowolnie się spięłam.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie, zapomniawszy o szorowaniu. Wyobraźnia podsunęła mi wszelkiego rodzaju wizje tego, co mogło mi się teraz stać. Były wyjątkowo różnorodne, ale miały jedną cechę wspólną – stół wzbogacał się o kolejną warstwę krwi.
– To widać – wyszeptał tuż za moim uchem. Nawet nie poczułam, kiedy się tak zbliżył! – Nigdy nie odwracaj się do chowańca plecami.
W panice poderwałam się na równe nogi, zapominając, że gwałtowne ruchy to ostatnie, co należy wykonywać w pobliżu drapieżnika. Obróciłam się, chcąc go odepchnąć, ale on tylko na to czekał – oparł się dłońmi o stół, odcinając mi drogę ucieczki i błyskawicznie się nade mną pochylił. Nie mając wyjścia, opadłam na krzesło.
– Niewiele o was wiem. Przepraszam, jeśli zrobiłam coś nie tak. Nie chciałam cię w żaden sposób urazić – powiedziałam szybko, licząc na to, że uda mi się go jakoś ułagodzić, ale on tylko wpatrywał się we mnie czarnymi oczami, aż zaparło mi dech w piersi. O chowańcach wiedziałam tylko tyle, ile udało mi się wydusić z matki, a nie był to temat, który poruszała chętnie.
Masz ci, babo, placek, tyle przychodzi z pomagania.
Pochylił się nade mną jeszcze bardziej, tak, że nasze twarze dzieliło kilka cali.
– I kto jest teraz mały?
– Co? – odparłam zachrypniętym głosem, mimowolnie rejestrując, jaki jest ogromny. Był ode mnie ze dwie głowy wyższy; jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej?
Czułam, jak drżą mi nogi. Serce waliło tak głośno, że musiał, po prostu musiał je słyszeć; chowańce miały znacznie lepszy słuch niż ludzie.
Uśmiechnął się kpiąco i dmuchnął mi w nos tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam, gwałtownie mrugając oczami. Odsunął się i powoli wrócił na łóżko, gdzie wygodnie się umościł. Samozadowolenie biło od niego, niczym od kota, który dopiero co nabroił i jest z tego powodu niezwykle dumny. O co w tym wszystkim chodziło?!
Nie spuszczałam z niego wzroku, dopóki nie uspokoiłam się na tyle, by ustać na nogach. Znów zapadł w ten przerażający bezruch. Wrzuciłam szmatę do miednicy i ruszyłam w kierunku drzwi. Od razu przypomniałam sobie słowa chowańca i szybko obróciłam się do niego przodem. Nie poruszył się – leżał z podłożonymi pod głowę ramionami, stopami skrzyżowanymi w kostkach (które znacznie wystawały poza krawędź łóżka) i zamkniętymi oczami. Postanowiłam poruszać się bokiem, nieważne, jak idiotycznie przy tym wyglądałam. Może postanowił sobie ze mnie zażartować i teraz śmiał się w duchu, ale nie zamierzałam ignorować tak bezpośredniego ostrzeżenia.
Wylałam wodę za drzwiami, wyszorowałam miednicę i garnek po kaszy – skurczybyk nie zostawił ani ziarenka. Nic to, i tak nie byłabym w stanie niczego przełknąć.
Chciałam zastawić drzwi krzesłem jak co noc, ale rzut okiem w stronę mężczyzny wystarczył, bym zmieniła zdanie. Wątpiłam w możliwość ucieczki, niemniej jednak zablokowanie jedynej drogi było głupotą. Zwinęłam się na ciepłym jeszcze piecu, nie spuszczając oczu z chowańca. Wiedziałam, że nie zasnę, więc po prostu na niego patrzyłam. Nawet nie drgnął. Nie pozwoliłam jednak, by to uśpiło moją czujność.
Piec wystygł koło trzeciej w nocy. Mężczyzna leżał na mojej jedynej kołdrze, wcale jej nie używając, ale nawet do głowy nie przyszło mi, żeby do niego podejść. Rozpalanie pieca na nowo nie wchodziło w grę – musiałabym odwrócić się plecami do chowańca. Wsadziłam więc palec między zęby, żeby nimi nie szczękać, ale nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Wytrzymam. To tylko jedna noc.
Nad ranem musiałam zapaść w lekki sen, bo coś nagle mnie przygniotło, niemal doprowadzając do ataku serca.
– Weź ją sobie, mała wiedźmo – powiedział, a ja zorientowałam się, że to, co na mnie wylądowało, jest kołdrą. Moją cudowną, ciepłą kołderką. – Cuchnie śmiercią.
To po cholerę leżałeś na niej całą noc? – chciałam warknąć, ale roztropnie zacisnęłam zęby i nie wydałam z siebie żadnego odgłosu. Gdzieś na granicy jawy i snu przypomniałam sobie, że nazwałam go małym, kiedy był kotem. Czarnym kocurem, który zmieścił się w mojej czapce. Byłeś wtedy mały – chciałam się żałośnie usprawiedliwić, ale czułam, jak odpływam do krainy snu.
Obudziłam się, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Chowańca nie było w chacie. Mnie za to było tak dobrze i tak ciepło, że nie miałam ochoty wstawać. Niestety głośne burczenie w brzuchu nie pozwoliło mi leniuchować. No tak, nie jadłam od wczorajszego popołudnia. Rozprostowałam zesztywniałe mięśnie i podeszłam do garnka, żeby wsypać do niego resztę kaszy. Jakie było moje zdziwienie, gdy ze środka spojrzał na mnie zając! Zamrugałam, przetarłam oczy, ale szarak wciąż tam był.
Rozejrzałam się jeszcze raz. Coś się nie zgadzało, ale nie mogłam zrozumieć co takiego. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wczoraj wieczorem. Otworzyłam drzwi, żeby wyjrzeć na zewnątrz i wrzasnęłam, wskakując z powrotem do środka.
Pod drzwiami leżał martwy niedźwiedź. Miał skręcony kark.
Niedźwiedź.
Miał.
Skręcony.
Kark.
– O bogowie – wykrztusiłam z trudem. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że z pyska wystaje mu kawałek papieru.
Wyjęłam go ostrożnie i rozwinęłam. Krzywe pismo, składające się z dużych liter, które wyglądały jak kulfony stawiane przez dziecko dopiero uczące się pisać, tworzyło krótką wiadomość.
Jesteśmy kwita, mała wiedźmo. Z.
Zet.
Rozejrzałam się po chacie jeszcze raz i już wiedziałam. Odór śmierci zniknął.