Opowiadanie o pechowej wiedźmie nie jest fanfikiem, chociaż mogą się w nim znaleźć nawiązania do innych utworów.

Rozdziały będą pojawiać się nieregularnie.

Jeśli czcionka jest za mała, Ctrl+ powinno załatwić sprawę. Osobiście korzystam z powiększenia do 120-133%.

Autorem szablonu jest Agata z Wioski Szablonów.

Imp, pomógłbyś!

środa, 30 grudnia 2020

Informacja

6 | add comment

Nowy rok, nowa Arleta. 

Może już zauważyliście, a może zauważycie dopiero po przeczytaniu tych słów - wszystkie posty zniknęły z bloga (pomijając opowiadania dodatkowe).

Spokojnie, bez paniki, to nie tak, że już nigdy nie przeczytacie przygód Arlety. Tak jak wiele razy podkreślałam, chcę tę historię doprowadzić do końca. W ciągu sześciu lat koncepcja opowiadania w znaczącym stopniu zdążyła się zmienić, w trakcie pisania wpadłam na wiele fajnych pomysłów, które nijak dało się wykorzystać bez wprowadzenia zmian w napisanych już rozdziałach.

Obecnie trwają intensywne prace nad edycją dotychczasowych rozdziałów. Nie będę ukrywać - na pewno szybko się nie zobaczymy, ale jeśli zaglądacie tu nawet po sześciu latach od publikacji pierwszej części, to myślę, że czekanie wam niestraszne. Kilka rozdziałów zdążyłam już wyrzucić, kilka dopisać, jednym słowem: wiszę nad Arletą z backspace'em niczym Pech z siekierą.

Kto wie, może za jakiś czas wpadnę z dobrymi wiadomościami?

Jako wierni czytelnicy, jeśli chcecie, macie ostatnią szansę napisać, co wam się podobało, a co nie, jaki wątek według was zasługuje na rozwinięcie, a jaki przynudzał, kto i dlaczego był waszym ulubionym bohaterem, czy co tam wam w duszach gra. A nuż zastosuję się do waszych sugestii i historia Arlety będzie jeszcze lepsza :)

Nie mówię do widzenia, bo to nie koniec. Do zobaczenia. W tej czy innej formie.


czwartek, 1 czerwca 2017

Wiedźma i chowaniec

1 | add comment
Od pewnego czasu nie mam siły pisać wesołej Chatki, więc stworzyłam coś poważniejszego. Jeśli tęsknicie za wiedźmami i słowiańskim klimatem, tekst o wiedźmie i chowańcu powinien przypaść wam do gustu. Pomysł można spokojnie rozpisać na wiele rozdziałów, ale myślę, że pierwszy całkiem nieźle sprawdza się jako całość. Jeśli zdecydujecie się go przeczytać, koniecznie dajcie znać, co o nim sądzicie (uprzedzam tylko, że ma prawie 12 stron)!

Wiedźma i chowaniec
Rozdział 1
Niedźwiedź

Patrzyłam na swoje dłonie, jakby należały do kogoś innego. Zesztywniałe palce nie przestawały się trząść, choć bardzo starałam się nad nimi zapanować. Spróbowałam niezdarnie schować je za plecami, ale czułam, że jest w tym geście coś nieprzyzwoitego, jakbym chciała ukryć skradzioną sakiewkę na widok zmierzającego w moją stronę strażnika, łudząc się, że przestępstwo ujdzie mi na sucho. Nie miałam pojęcia, co z nimi począć, wiedziałam jednak, że jest jedna, jedyna rzecz, której nie powinnam robić – pokazywać ich zanoszącej się łzami kobiecie. Były unurzane w krwi jej dziecka aż po same łokcie.
Adrenalina, która buzowała w moich żyłach przez ostatnie trzydzieści minut, powoli ustępowała miejsca szokowi i otępieniu. Chciałam coś powiedzieć, ale w głowie jeszcze nigdy nie miałam tak wielkiej pustki. Przepraszam? Naprawdę próbowałam? Nic, co powiem, nie przywróci chłopcu życia. Gdyby tylko mama żyła... Ona wiedziałaby, co powiedzieć – nie! – potrafiłaby uratować dziecko. Była wspaniałą wiedźmą, nie z takimi ranami sobie radziła...
Chłopak leżał na drewnianym stole z twarzą wykrzywioną w agonii i brzuchem rozoranym przez ostre pazury i jeszcze ostrzejsze kły. A krew... krew była wszędzie, tak dużo krwi, skąd w tym małym ciałku tyle krwi?!
Do chaty weszło dwóch mężczyzn z kawałkiem białego materiału, który jeszcze tego wieczora miał posłużyć za całun. Bez słowa podeszli do stołu i z szacunkiem spuścili głowy na krótką chwilę. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że kobieta już nie płacze ani nie krzyczy, ale wyje niczym zwiastująca śmierć szyszymora. Paradoksalnie nigdy nie wydawała mi się bardziej ludzka.
Wyższy mężczyzna o garbatym nosie i wysokim czole otoczył kobietę ramieniem i wyprowadził na zewnątrz, choć opierała się z całych sił, próbując zostać przy małym Witku. Witku, który kilka tygodni temu świętował dziewiąte urodziny. Witku, który chodził z kolegami nad staw łapać żaby. Witku, który wrzucał pasikoniki za kołnierz młynarskiej córki.
Niższy mężczyzna o szerokich, umięśnionych barach – kowal Rogusz – chrząknął znacząco. Spojrzałam na niego półprzytomnie, wciąż myśląc o pokrywającej mnie krwi.
– Niech się pani nie zadręcza. Dzieciak nie miał szans – powiedział łagodnie.
Chciałam wierzyć w to, że miał rację, ale boleśnie zdawałam sobie sprawę ze swoich braków i nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że gdybym tylko wiedziała więcej, umiała więcej, chłopiec wciąż by żył. Nie byłam gotowa na samodzielną praktykę, nie umiałam nawet połowy tego, czego chciała nauczyć mnie matka.
– Posłałem synów po drewno na stos pogrzebowy. – Widząc moje puste spojrzenie, dodał: – Trzeba przygotować ciało.
Skinęłam głową, zrozumiawszy, do czego dążył kowal – moje obowiązki nie dobiegły jeszcze końca. Podeszłam do drewnianej szafki i wyjęłam z niej pęki suszonej bylicy pospolitej i piołunu. Najlepiej zachowane trzy łodygi jednej rośliny i trzy łodygi drugiej ułożyłam naprzemiennie, a następnie związałam białą wstążką. Gdy rośliny zajęły się ogniem, przygasiłam płomienie i pozwoliłam, by pomieszczenie wypełniło się gryzącym dymem; nie zwalczyło to jednak roztaczającego się wokół zapachu śmierci.
Mężczyzna nie próżnował – małe ciałko starannie owinięte w całun, czerwony już od krwi, czekało na ostatni rytuał.
Wiedziałam, co robić. Widziałam mamę, jak wykonywała go wiele razy. Odetchnęłam więc głęboko, próbując zwalczyć odrętwienie. Nie było czasu do stracenia.
Powiodłam dymiącymi ziołami nad materiałem, prosząc duszę Witka, by opuściła ciało i wraz z dymem udała się prosto do Nawii. Powiodłam nad całunem po raz drugi, dotykając stóp, serca i czoła, jednocześnie błagając bogów, by pozwolili chłopcu na spokojną przeprawę. I – wreszcie – po raz trzeci, prosząc, by Witek nie zawracał z obranej drogi, by pozwolił żywym żyć, choć jemu nie było to dane.
Bylica, wypaliwszy się, pokryła materiał prochem, który miał trzymać z dala złośliwe upiory, chcące zawładnąć bezbronnym ciałem, do czasu spalenia na stosie pogrzebowym.
Rogusz uniósł delikatnie chłopca i wyszedł, skinąwszy mi na pożegnanie. Kiedy zostałam sama, straciłam resztki sił i osunęłam się na podłogę. Nie pójdę na pogrzeb. Nie zniosłabym oskarżycielskich spojrzeń, nie dziś, nie teraz, nie po tym, jak byłam świadkiem rozpaczy matki Witka.
Oczy piekły niemiłosiernie, może od dymu, może od wstrzymywanych łez, na które nie mogłam sobie pozwolić przy ludziach – byłam wiedźmą; wiedźmy mają stanowić oparcie, a nie go potrzebować. Poza tym musiałam doprowadzić siebie i to miejsce do porządku. Czułam pod skórą, że to potrwa – nieważne, jak długo będę szorowała, ręce już na zawsze pozostaną czerwone. No i ten zapach... Od dziś znałam odór śmierci i byłam pewna, że nigdy go nie zapomnę.

*

Od pogrzebu Witka minęły trzy dni, a życie w wiosce toczyło się swoim rytmem. Zima tego roku nadeszła znacznie przed czasem i wymroziła sporą część plonów, siejąc grozę większą niż pojedynczy niedźwiedź grasujący w lesie, nawet jeśli zabrał już jedno życie. Mężczyźni z wioski wybrali się, co prawda, na polowanie, ale nigdzie nie mogli znaleźć dzikiego zwierza, więc szybko dali sobie spokój i wrócili do codziennych zajęć.
Tylko ja nie mogłam wygonić śmierci z chaty, choć – bogowie mi świadkiem! – chwytałam się wszelkich znanych sposobów. Nie pomagało palenie ziół, rysowanie znaków ochronnych ani zaklinanie ogniem i wodą. Zawiodła również sól. Zdawało się, że odór zostanie ze mną na zawsze jako kara za poniesioną porażkę. Gdy nie mogłam go już dłużej znieść, wyszłam z chaty na świeże powietrze. Nie pomogło – zapach wgryzł się w ubrania, we włosy, w skórę, nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet na chwilę.
Drogi prowadzące do otaczających moją chatę wiosek znałam jak własną kieszeń. Mieszkałam tu z matką od urodzenia, zawsze na uboczu, jak przystało na wiedźmy – w zasięgu wzroku, ale nie ręki, można by rzec. Wszyscy cieszyli się z obecności wiedźmy w pobliżu, kiedy trzeba było nastawić złamaną kość albo odczynić złośliwy urok, ale nikt nie chciał mieć jej za sąsiadkę. Rozzłościsz taką, a zaraz zrobi użytek z urocznych oczu – krowa mleka nie da, dziecko się rozchoruje, zapasy szczur zeżre... Wyobraźnia ludzka nie miała końca.
Nie zdając sobie z tego sprawy, pozwoliłam, by nogi poniosły mnie w kierunku Lisich Łapek, najbliższej z wiosek. Od kilku dni nie miałam gości. Chciałam wierzyć, że nikt nie potrzebował pomocy, ale skrycie obawiałam się, że śmierć Witka przekonała mieszkańców o mojej nieudolności i będą próbowali leczyć się sami albo pójdą do wiedźmy ze Żmijewa, choć jej dom znajdował się całe trzy dni drogi stąd. Mocno ścisnęłam w garści nóż do zbierania ziół. Bałam się, że natrafię na niedźwiedzia, ale czułam, że jeśli zaraz nie zobaczę drugiego człowieka, zwariuję od otaczającej mnie aury śmierci.
Dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę z tego, jak samolubnie się zachowuję – jeśli ten odór nie jest tylko złudzeniem, znaczyło to, że przyczepiło się do mnie coś bardzo złego, czego zwyczajowe sposoby nie odstraszają. Pójście do wioski, pełnej niewinnych ludzi, było niezwykle lekkomyślnym posunięciem. Chciałam zawrócić, ale nagle dotarło do mnie, że z doskonale znanym mi krajobrazem coś jest nie tak. Nie od razu potrafiłam stwierdzić co, więc uważnie wpatrywałam się w wysokie drzewa rosnące po bokach ścieżki i śnieżnobiały śnieg pokrywający wszystko w zasięgu wzroku. Między drzewami znajdowała się wyrwa, tak jakby drzewo, które kiedyś tam stało, nagle zniknęło.
Niedźwiedź! – pomyślałam przerażona. Żadne inne zwierzę nie wyrwałoby drzewa. Do stu demonów, czy sam niedźwiedź potrafiłby to zrobić? Może czaiło się tam coś o wiele groźniejszego? Poczułam, jak oblewa mnie zimny pot, a nóż w ręce robi się śliski. Obrócę się teraz i jak najciszej wrócę do chaty – postanowiłam. – Na wszelki wypadek zatrę też za sobą ślady.
Choć bardzo starałam się o tym nie myśleć, zdawałam sobie sprawę z tego, że rozdrażniony niedźwiedź, nawet taki, którego wybudzono ze snu zimowego, nie wyrwałby drzewa bez powodu. Co, jeśli zranił kogoś z wioski? Od razu w nozdrza uderzyło mnie wspomnienie wypełniającego chatę odoru śmierci. Zacisnęłam zęby z determinacją. Musiałam pomóc, byłam wiedźmą, do licha! Nie pozwolę już nikomu umrzeć!
Ptaki wesoło ćwierkały – czy to nie znaczyło, że w pobliżu nie ma żadnego drapieżnika? Jak okiem sięgnąć, drzewa nie było widać – może to wieśniacy ścięli je na stos pogrzebowy?
Powoli, gorączkowo ściskając nóż w dłoni, podeszłam do wyrwy i rozejrzałam się dokoła. Żadnych rannych nie dostrzegłam, za to drzewo razem z korzeniami znajdowało się dobre dwie staje dalej, a ten, kto nim rzucił, połamał wszystkie inne stojące mu na drodze. Głośno przełknęłam ślinę, czując, jak cała odwaga poszła mi w pięty. To nie był niedźwiedź. Żaden niedźwiedź nie miałby takiej siły. Do Szumilasu zawitało coś bardzo złego i byłam pewna, że łatwo nie odejdzie. Choć gorąco pragnęłam zaszyć się w domu, byłam boleśnie świadoma tego, że cztery ściany i liche drzwi nie powstrzymają czegoś o tak wielkiej sile. Wieśniacy też sobie z tym nie poradzą. Będziemy musieli poszukać pomocy w stolicy – król powinien wysłać jakieś oddziały do walki... z czym właściwie? Smród śmierci odporny na podstawowe sposoby odstraszania złych mocy, jeden martwy chłopiec i zdemolowany fragment lasu prędzej wywoła śmiech niż przerażenie. Musiałam sprawdzić, czy uda mi się znaleźć coś jeszcze – może ślad łapy w śniegu? To pomogłoby zidentyfikować stworzenie.
Wiedziałam, że powinnam pójść do wioski i opowiedzieć o swoich przypuszczeniach, na wypadek, gdyby nie było pisane mi wrócić. Jednocześnie bałam się, że zaprzepaszczę swoją szansę. Póki co wydawało się bezpiecznie, ale potwór mógł w każdej chwili wrócić. Mogłam też stchórzyć i uznać, że to nie mój problem.
Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Weszłam głębiej w las. To prawda, co mówią – w takich sytuacjach najtrudniejszy jest pierwszy krok.
Ściskając gorączkowo nóż i rozglądając się na boki, starałam się znaleźć coś, cokolwiek. Na pewno nie spodziewałam się czarnego kota w kałuży krwi trzy razy większej od niego, którego pierwotnie wzięłam za kępkę zdartego z grzbietu potwora futra. Jak okiem sięgnąć nie było nic innego. Zwierzak jeszcze żył, ale biorąc pod uwagę rany, które odniósł i ilość straconej krwi, nie miał wielkich szans.
Przygryzłam wargę. Jeśli wrócę z futrzakiem do domu, pewnie stracę możliwość znalezienia śladu. Jeśli zostanę, kot zdechnie.
Zdjęłam ciepłą, futrzaną czapkę i ułożyłam zwierzę w środku, owijając dodatkowo szalikiem. Miałam już dość bycia marną wiedźmą. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby utrzymać malucha przy życiu. Przytuliłam go do piersi, nie spuszczając z oczu pobliskich drzew i wysuwając nóż przed siebie.
– Nie bój się, mały. Będziesz żył – obiecałam, próbując podnieść na duchu raczej samą siebie. Wróciłam do chaty, stąpając najostrożniej, jak potrafiłam, nie niepokojona przez niedźwiedzia ani żadną inną poczwarę.

*
Odłożyłam czapkę z kotem na stół. Zwierzak trzymał się całkiem nieźle, zważywszy na okoliczności.
Zabrałam z dworu miednicę wypełnioną świeżym śniegiem, a następnie przesypałam go do dwóch garnków. Pospiesznie roznieciłam w piecu ogień i ustawiłam na nim naczynia, by śnieg się roztopił. Do pierwszego z nich wrzuciłam pół słoika szyszek chmielu, do drugiego dwie garści melisy. Oba garnki nakryłam przykrywkami dla lepszego efektu. Czekając aż napary się zagotują, odnalazłam czysty materiał na bandaż, a następnie pocięłam go na pasy.
Gdy przykrywki zaczęły podskakiwać, zestawiłam oba garnki z pieca. Lekko przestudzony napar z chmielu przecedziłam do miednicy i zamoczyłam w nim pas materiału. Zaaferowana obróciłam się i omal nie wypuściłam naczynia z rąk. Na stole, zamiast kota, leżał mężczyzna w poszarpanym zakrwawionym ubraniu. Przełknęłam ciężko ślinę i ostrożnie podeszłam do stołu. Nieznajomy obserwował mnie spod na wpół przymkniętych powiek, ciężko oddychając.
– Jesteś ranny – powiedziałam, starając się zapanować nad głosem. – Znalazłam cię w lesie, chcę pomóc. Ten napar – wskazałam na miednicę, którą postawiłam na krześle – oczyści rany.
Dopóki jego ręka nie zatrzymała się tuż przed moją twarzą, nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle się poruszył.
– Wiedźma – syknął cicho.
Skinęłam głową, zezując na wyciągniętą rękę. Nie wyprostował jej do końca, spokojnie mógł zacisnąć dłoń wokół mojej szyi.
– Chcę pomóc – powtórzyłam, słysząc, jak mój głos zadrżał. – Umrzesz, jeśli mi na to nie pozwolisz.
Opuścił rękę, ale nie spuścił ze mnie wzroku. Podeszłam bliżej, odwdzięczając mu się tym samym. Leczenie krnąbrnych dzieciaków ani przestraszonych zwierząt nie było dla mnie nowością, ale nigdy nie miałam do czynienia ze zmiennokształtną istotą. No i ostatni pacjent, którego dostarczono mi w takim stanie, został wyniesiony w całunie pogrzebowym, co wcale nie zwiększało mojej pewności siebie. Na samą myśl o Witku lodowata obręcz zacisnęła się wokół mojego żołądka.
– Będzie boleć – ostrzegłam. Skinął głową.
Nie mogłam przestać się zastanawiać, czy właśnie miałam przed sobą potwora, który wyrwał drzewo i zabił Witka. Poruszał się z nieludzką prędkością, pewnie posiadał też nadludzką siłę... Powinnam pozwolić mu umrzeć? Nie musiałam nic robić, wystarczyło zostawić go samemu sobie.
...ale Witka rozszarpały zwierzęce pazury i zęby – szybki rzut oka na rannego pozwolił mi stwierdzić, że nie miał ani jednego, ani drugiego. Czy on też padł ofiarą niedźwiedzia? Jego rany były zupełnie inne, nie szarpane, ale cięte i kłute. Jakby dorwał się do niego profesjonalny rzeźnik.
Starałam się przemywać rany najdelikatniej, jak potrafiłam – wiedziałam, że zadaję mu ogromny ból, choć on nawet nie drgnął. Byłam pewna, że mężczyzna przede mną nie był człowiekiem – szybkość, niesamowita odporność na ból i rany, od których powinien się wykrwawić. No i był też ten drobny fakt związany z przemianą w kota.
Nagle wyczułam pod palcami coś twardego, a nieznajomy gwałtownie napiął mięśnie i stęknął. Szybko cofnęłam dłoń.
– Coś utkwiło w ranie. Muszę to wyjąć – poinformowałam go, choć wcale nie podobał mi się ten pomysł. Rana znajdowała się bardzo blisko serca, jakby uchylił się w ostatniej chwili.
– Wyciągaj – powiedział przez zaciśnięte zęby.
Włożyłam mu do ust kawałek drewna.
– Zaciśnij – zakomenderowałam i po chwili wahania dodałam: – I postaraj się nie ruszać.
Powinnam go uśpić i mieć pod ręką kilku mężczyzn, którzy by go unieruchomili, ale pod wpływem dotyku z rany znów zaczęła sączyć się krew. Nie miałam czasu do stracenia.
Mężczyzna zacisnął dłonie na krawędziach stołu i chrapliwie wypuścił z płuc powietrze. Szczypce, które wyparzyłam wcześniej, wsunęłam w ranę – pestka, bo rana była wyjątkowo długa i szeroka. Pogmerałam chwilę, mając nadzieję, że pacjent zemdleje. Nic z tego. Natrafiłam na to, co siedziało w ranie, i usłyszałam trzask – gałąź w ustach pękła na dwoje – ale szczypce już były na zewnątrz.
Czarne ostrze sztyletu niemal półtora razy dłuższe od mojego kciuka. O bogowie! Wsadzili mu w pierś sztylet i urwali rękojeść, żeby nie mógł go wyciągnąć. Poczułam, jak trzęsą mi się nogi. Zamiana w kota powinna go zabić – czy właśnie o to mu chodziło? A może liczył, że żelastwo wypadnie, kiedy zmieni się jego rozmiar?
Spojrzałam na zmiennokształtnego z nabożnym strachem. Leżał z zamkniętymi oczami i oddychał głęboko, wypluwszy kawałki drewna. Głęboka czerń jego splątanych, mokrych od potu włosów, dodatkowo uwydatniała nienaturalną bladość skóry, wywołanej bez dwóch zdań ogromną utratą krwi. Prosty nos i wąskie usta pracowały systematycznie, by wyrównać oddech. Ręce zaciśnięte mocno na stole pozostawiły po sobie wgniecenia. Cierpiał, choć nie chciał się do tego przyznać.
– To jeszcze nie koniec – powiedziałam z żalem. – Muszę zasklepić twoją ranę. Nici nie wystarczą. Zostaje ogień.
– Nie – odpowiedział po prostu.
– Nie mam wyjścia...
– Nie – przerwał mi. – Owiń bandażem. Wystarczy.
– Zwariowałeś! Nie po to przez to wszystko przeszłam, żebyś mi się do rana wykrwawił.
– Wystarczy – powiedział ostrzej. – Daj bandaż. Sam się owinę.
Nie miałam wątpliwości co do tożsamości gościa. I wszelkie chęci do kłótni ze mnie uleciały. Chce bandaż, dostanie bandaż.
Podałam mu materiał, którego używałam do obmycia ran naparem z chmielu i kazałam przyciskać do rany, a sama zagotowałam raz jeszcze liście melisy i wytrząsnęłam z szafki ostatnie liście babki lancetowatej, która przyspieszała gojenie. Pośpiesznie przemyłam rany eliksirem odkażającym i pomogłam mężczyźnie usiąść. Nasączyłam czysty pas, nasypałam na niego liście obu ziół i owinęłam jego klatkę piersiową najciaśniej, jak potrafiłam. Nawet nie jęknął. Poruszył się za to na próbę i ostrożnie odetchnął. Skinął lekko głową, ni to mnie, ni samemu sobie.
– Nie prosiłem o pomoc, więc nie jestem ci nic winien – powiedział szorstko, odwracając głowę.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
– O nic nie proszę. Zrobiłam to, co do mnie należało. Mówiłam już, jestem tutejszą wiedźmą.
Nieznajomy prychnął kpiąco, wciąż umykając wzrokiem.
– Nie jesteś pierwszą wiedźmą, z którą mam do czynienia. – W jego głosie dało się dosłyszeć ciche warczenie, które szybko stłumił. Zesztywniałam, niepewna, czy mam to rozumieć jako groźbę. – Wiedźmy nigdy nie robią niczego bezinteresownie.
Wstał i od razu podparł się ręką o krzesło, żeby nie stracić równowagi.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam, popychając go z powrotem na stół, na tyle lekko, by nie spowodować krwotoku, na tyle mocno, by musiał usiąść. – Chowaniec czy nie, na pewno nie jesteś nieśmiertelny.
Mężczyzna podniósł na mnie zaskoczone spojrzenie oczu tak ciemnych, że źrenice zlewały się z tęczówkami.
– Wiesz? – zapytał, nie powstrzymując już rosnącego w gardle warkotu, a mnie przeszedł dreszcz.
– Oczywiście, że wiem – odpowiedziałam spokojnie, nieco się odsuwając. – Nie dalej, jak dwadzieścia minut temu byłeś kotem. Tylko chowańce potrafią zmieniać postać.
– Nie jestem ci nic winny, wiedźmo – wycedził przez zaciśnięte zęby jak najgorszą obelgę.
– Nie wiem, co zrobiły ci inne wiedźmy, ale ja nie mam w zwyczaju żądać więcej niż ktoś mógłby zapłacić. A ty nie wyglądasz na takiego, co miałby, czym zapłacić – odpowiedziałam butnie, ale wiedząc, że nic nie zdziałam bojowym nastawieniem, odetchnęłam i powiedziałam spokojniej: – Póki co musisz odpocząć. W lesie jest niebezpiecznie, zwłaszcza teraz, a ty ledwo trzymasz się na nogach. Zostań. Jeśli dożyjesz rana, nie będę cię powstrzymywać.
– Myślisz, że jestem taki głupi i pozwoliłbym ci się związać? Takiej podrzędnej wiedźmie jak ty?
Spojrzałam na niego ze złością.
– Ta podrzędna wiedźma właśnie uratowała ci życie. Okazałbyś trochę wdzięczności albo przynajmniej ugryzł się kilka razy w język – powiedziałam surowo.
Zmierzyłam go wzrokiem i wbrew wszystkim swoim instynktom, żeby powiedzieć mu do słuchu, odstąpiłam. Podeszłam do pieca i zaczęłam się przy nim krzątać. Jeśli zdecyduje się wyjść, nie będę w stanie go powstrzymać. Chowańce były najgroźniejszymi drapieżnikami stąpającymi po tej ziemi. Nie urodzone, lecz wyhodowane na potrzeby wiedźm. Potężni i nieustraszeni wojownicy, strzegący swoich właścicielek – bo tym właśnie były dla nich wiedźmy: właścicielkami, paniami ich losu.
– Jeśli boisz się, że uczynię cię moim niewolnikiem, niepotrzebnie. Masz moje słowo, że jutro rano pozwolę ci odejść. Nie potrzebuję chowańca. Miałam całe życie na stworzenie własnego, ale, jak widzisz, jestem tu sama – powiedziałam spokojnie, odwrócona do niego plecami. – Zamierzam zrobić kaszę na kolację. To żadne luksusy, ale starczy dla nas dwojga. Jeśli, oczywiście, zostaniesz na tyle długo.
Nie usłyszałam nawet najmniejszego szmeru, założyłam więc, że wciąż tam był. Słyszałam, co prawda, że chowańce potrafią poruszać się bezszelestnie, ale ten był poważnie ranny i miałam nadzieję, że to znacznie ogranicza jego możliwości.
– Mam na imię Mira, a ty?
Odpowiedziała mi cisza.
– Nie uda ci się mnie związać – powiedział po dłuższej chwili, lekko schrypniętym głosem. – Spróbuj, a zrzucą ci się na głowę wszystkie wiedźmy z Lichostajów. Jestem własnością tamtejszej szkoły.
Niezadowolenie w jego głosie było zrozumiałe. Właśnie dlatego nigdy nie zdecydowałam się na stworzenie chowańca. Cóż, właściwie to matka zdecydowała, a ja się z nią zgodziłam. Zniewolenie rozumnej istoty dla własnej zachcianki było okrucieństwem. W dodatku nie miałyśmy powodu do szukania ochrony – w wioskach może i nikt specjalnie nie garnął się do przyjaźni z wiedźmami, ale na pewno nie był na tyle głupi, by się nam narazić. Pomagały w tym całe rzesze zabobonów na temat naszych zdolności. Zresztą chowaniec mógł być własnością tylko jednej wiedźmy i tylko jej jednej służył, drugą wiedźmę albo wieśniaków w każdej chwili mógł potraktować jako zagrożenie. Dwóch chowańców pod jednym dachem oznaczało śmierć jednego z nich – były bardzo terytorialne.
Mnie zaciekawiło jednak co innego.
– Istnieje szkoła dla wiedźm? – zapytałam zaintrygowana, nakładając kaszy do dwóch talerzy; nigdy nie słyszałam o niczym podobnym. – Uczą tam leczyć?
– Wiedźmy? Pewnie tak. Chowańców uczą zabijać – odparł spokojnie, a oczy błysnęły mu złowrogo. Ręka, w której trzymałam talerz z kaszą, zadrżała zdradziecko.
– Dasz radę usiąść na tamtym krześle? – zapytałam, wręczając mu kolację. – Muszę wyszorować stół.
Posłuchał, wąchając zawartość talerza. Widać nie wyczuł nic niepokojącego, bo po chwili zaczął pałaszować ze smakiem drewnianą łyżką. Nabrał też kolorów. Gdyby nie niechlujny wygląd spowodowany walką i mnóstwo bandaży, do głowy by mi nie przyszło, że przed chwilą umierał na stole. Wbrew temu, co oczekiwałam, bandaż nie nasiąknął krwią – czy to możliwe, że regenerował się tak szybko?
– Kogo zabiłaś? – zapytał spokojnym tonem, gdy skończył jeść.
– To twoja krew. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyjesz, bo w lesie straciłeś drugie tyle – odparłam, nie przestając szorować nawet na chwilę. Miałam już dość krwi na najbliższe dziesięciolecia.
– Nie chodzi mi o krew, tylko ten odór śmierci w całej chacie.
Szorowałam jeszcze przez chwilę, aż dotarł do mnie sens słów chowańca. Zrobiło mi się słabo. Podniosłam na niego wzrok – wyglądał na bardzo zadowolonego, gdy pochłaniał moją porcję kaszy, ale nie w głowie było mi teraz jedzenie.
– Czujesz to? – wyszeptałam, mając mroczki przed oczami, i opadłam na krzesło. – Nie wymyśliłam sobie tego, to naprawdę tu jest...
Schowałam twarz w drżących dłoniach.
– Chłopiec – powiedziałam cicho, gdy chrząknął, przypominając o swoim pytaniu. – To znaczy niedźwiedź.
– To chłopiec czy niedźwiedź? Czy chłopiec-niedźwiedź? – zapytał rozbawiony.
Gdy opanowałam się na tyle, by na niego spojrzeć, zobaczyłam, że przygląda mi się, zaintrygowany – jakby stary pies nauczył się na jego oczach nowej sztuczki. Stał nieruchomo, opierając się o piec, na którym zostawiłam garnek z resztą kaszy. Patrzył na mnie bez ruchu, bez jednego mrugnięcia, było w tym coś bardzo nieludzkiego. Mimo to wydawał się podekscytowany. Czy to wzmianka o śmierci tak na niego zadziałała?
– Kilka dni temu coś obudziło niedźwiedzia – powiedziałam ostrożnie. Nie podobało mi się to jego zainteresowanie. – Zaatakował małego chłopca, który bawił się w lesie. Próbowałam go ratować, ale nie potrafiłam. Jestem w tym wszystkim raczej nowa. To znaczy – wyjaśniłam szybko, sama nie wiem dlaczego, nie musiałam mu się przecież z niczego tłumaczyć – jestem wiedźmą od urodzenia, tyle że radzę sobie sama dopiero od wiosny. Wcześniej była ze mną mama, ale zmarła podczas epidemii cholery.
Przyglądał mi się spod zmarszczonych brwi. W zamyśleniu zamieszał łyżką w garnku, po czym wyskrobał resztę kaszy i oblizał łyżkę.
– Kiedy obudził się niedźwiedź? – zapytał po prostu.
– Nie wiem dokładnie. Trzy dni temu zranił Witka, więc nie mogło to być dużo wcześniej. Może ze dwa dni, choć, szczerze mówiąc, wątpię, że przez tyle czasu nie trafiłby do wioski albo na któregoś drwala. Czemu pytasz?
– Dlatego powiedziałaś, że na zewnątrz jest niebezpiecznie? – Zupełnie zignorował moje pytanie.
– Tak. – Wróciłam do szorowania stołu, choć nawet nie łudziłam się, że pozbędę się wszystkich plam. – Jest tam całkiem sporo dzikich zwierząt, ale niedźwiedź jest agresywny. A ty... może na co dzień poradziłbyś sobie z nimi wszystkimi...
– Może? – przerwał mi, ale go zignorowałam.
– Cóż, prawie mi tu umarłeś. Choć teraz wyglądasz znacznie lepiej.
– Wyganiasz mnie? – Uniósł brew prowokująco.
– Nie. Obiecałam, że możesz przenocować, więc dotrzymam słowa. Rano obejrzę twoje rany, a potem droga wolna. Weź moje łóżko, ja prześpię się na piecu.
Przechylił głowę i przez dłuższą chwilę przypatrywał mi się w milczeniu. Powoli przeszedł przez chatę i usiadł na łóżku za moimi plecami. Kątem oka zauważyłam sztywność jego ruchów – czyli jednak nie było z nim tak dobrze, jak mi się wydawało, robił po prostu dobrą minę do złej gry.
– Spotkałaś kiedyś chowańca? – zapytał dziwnym tonem, na który mimowolnie się spięłam.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie, zapomniawszy o szorowaniu. Wyobraźnia podsunęła mi wszelkiego rodzaju wizje tego, co mogło mi się teraz stać. Były wyjątkowo różnorodne, ale miały jedną cechę wspólną – stół wzbogacał się o kolejną warstwę krwi.
– To widać – wyszeptał tuż za moim uchem. Nawet nie poczułam, kiedy się tak zbliżył! – Nigdy nie odwracaj się do chowańca plecami.
W panice poderwałam się na równe nogi, zapominając, że gwałtowne ruchy to ostatnie, co należy wykonywać w pobliżu drapieżnika. Obróciłam się, chcąc go odepchnąć, ale on tylko na to czekał – oparł się dłońmi o stół, odcinając mi drogę ucieczki i błyskawicznie się nade mną pochylił. Nie mając wyjścia, opadłam na krzesło.
– Niewiele o was wiem. Przepraszam, jeśli zrobiłam coś nie tak. Nie chciałam cię w żaden sposób urazić – powiedziałam szybko, licząc na to, że uda mi się go jakoś ułagodzić, ale on tylko wpatrywał się we mnie czarnymi oczami, aż zaparło mi dech w piersi. O chowańcach wiedziałam tylko tyle, ile udało mi się wydusić z matki, a nie był to temat, który poruszała chętnie.
Masz ci, babo, placek, tyle przychodzi z pomagania.
Pochylił się nade mną jeszcze bardziej, tak, że nasze twarze dzieliło kilka cali.
– I kto jest teraz mały?
– Co? – odparłam zachrypniętym głosem, mimowolnie rejestrując, jaki jest ogromny. Był ode mnie ze dwie głowy wyższy; jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej?
Czułam, jak drżą mi nogi. Serce waliło tak głośno, że musiał, po prostu musiał je słyszeć; chowańce miały znacznie lepszy słuch niż ludzie.
Uśmiechnął się kpiąco i dmuchnął mi w nos tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam, gwałtownie mrugając oczami. Odsunął się i powoli wrócił na łóżko, gdzie wygodnie się umościł. Samozadowolenie biło od niego, niczym od kota, który dopiero co nabroił i jest z tego powodu niezwykle dumny. O co w tym wszystkim chodziło?!
Nie spuszczałam z niego wzroku, dopóki nie uspokoiłam się na tyle, by ustać na nogach. Znów zapadł w ten przerażający bezruch. Wrzuciłam szmatę do miednicy i ruszyłam w kierunku drzwi. Od razu przypomniałam sobie słowa chowańca i szybko obróciłam się do niego przodem. Nie poruszył się – leżał z podłożonymi pod głowę ramionami, stopami skrzyżowanymi w kostkach (które znacznie wystawały poza krawędź łóżka) i zamkniętymi oczami. Postanowiłam poruszać się bokiem, nieważne, jak idiotycznie przy tym wyglądałam. Może postanowił sobie ze mnie zażartować i teraz śmiał się w duchu, ale nie zamierzałam ignorować tak bezpośredniego ostrzeżenia.
Wylałam wodę za drzwiami, wyszorowałam miednicę i garnek po kaszy – skurczybyk nie zostawił ani ziarenka. Nic to, i tak nie byłabym w stanie niczego przełknąć.
Chciałam zastawić drzwi krzesłem jak co noc, ale rzut okiem w stronę mężczyzny wystarczył, bym zmieniła zdanie. Wątpiłam w możliwość ucieczki, niemniej jednak zablokowanie jedynej drogi było głupotą. Zwinęłam się na ciepłym jeszcze piecu, nie spuszczając oczu z chowańca. Wiedziałam, że nie zasnę, więc po prostu na niego patrzyłam. Nawet nie drgnął. Nie pozwoliłam jednak, by to uśpiło moją czujność.
Piec wystygł koło trzeciej w nocy. Mężczyzna leżał na mojej jedynej kołdrze, wcale jej nie używając, ale nawet do głowy nie przyszło mi, żeby do niego podejść. Rozpalanie pieca na nowo nie wchodziło w grę – musiałabym odwrócić się plecami do chowańca. Wsadziłam więc palec między zęby, żeby nimi nie szczękać, ale nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Wytrzymam. To tylko jedna noc.
Nad ranem musiałam zapaść w lekki sen, bo coś nagle mnie przygniotło, niemal doprowadzając do ataku serca.
– Weź ją sobie, mała wiedźmo – powiedział, a ja zorientowałam się, że to, co na mnie wylądowało, jest kołdrą. Moją cudowną, ciepłą kołderką. – Cuchnie śmiercią.
To po cholerę leżałeś na niej całą noc? – chciałam warknąć, ale roztropnie zacisnęłam zęby i nie wydałam z siebie żadnego odgłosu. Gdzieś na granicy jawy i snu przypomniałam sobie, że nazwałam go małym, kiedy był kotem. Czarnym kocurem, który zmieścił się w mojej czapce. Byłeś wtedy mały – chciałam się żałośnie usprawiedliwić, ale czułam, jak odpływam do krainy snu.
Obudziłam się, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Chowańca nie było w chacie. Mnie za to było tak dobrze i tak ciepło, że nie miałam ochoty wstawać. Niestety głośne burczenie w brzuchu nie pozwoliło mi leniuchować. No tak, nie jadłam od wczorajszego popołudnia. Rozprostowałam zesztywniałe mięśnie i podeszłam do garnka, żeby wsypać do niego resztę kaszy. Jakie było moje zdziwienie, gdy ze środka spojrzał na mnie zając! Zamrugałam, przetarłam oczy, ale szarak wciąż tam był.
Rozejrzałam się jeszcze raz. Coś się nie zgadzało, ale nie mogłam zrozumieć co takiego. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wczoraj wieczorem. Otworzyłam drzwi, żeby wyjrzeć na zewnątrz i wrzasnęłam, wskakując z powrotem do środka.
Pod drzwiami leżał martwy niedźwiedź. Miał skręcony kark.
Niedźwiedź.
Miał.
Skręcony.
Kark.
– O bogowie – wykrztusiłam z trudem. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że z pyska wystaje mu kawałek papieru.
Wyjęłam go ostrożnie i rozwinęłam. Krzywe pismo, składające się z dużych liter, które wyglądały jak kulfony stawiane przez dziecko dopiero uczące się pisać, tworzyło krótką wiadomość.
Jesteśmy kwita, mała wiedźmo. Z.
Zet.
Rozejrzałam się po chacie jeszcze raz i już wiedziałam. Odór śmierci zniknął.

niedziela, 17 maja 2015

Wiedźma i smok

10 | add comment
Obiecałam, że od czasu do czasu poinformuję Was o postępach mojej pracy, więc korzystając z naprawdę króciutkiej chwili przerwy od studiowania, daję znać, że 6 rozdział Chatki ma dwie strony i przez najbliższy czas się to nie zmieni. Chciałabym obiecać, że opublikuję go w lipcu, ale niestety cały lipiec spędzę, odbywając praktyki, więc obawiam się, że najwcześniej możecie się spodziewać rozdziału w okolicach połowy sierpnia. Podobnie sprawa ma się z aktywnością na blogach. Na razie jestem kaput.
Jeśli chodzi o nową wersję Atenorii, o której kiedyś tam wspominałam, ale nie chce mi się tworzyć nowego wpisu na blogu, to jest już mniej więcej w całości wymyślona, nawet podjęłam próby naskrobania początku, kiedy nie miałam nastroju pisać wesołej Chatki, ale utknęłam gdzieś na trzeciej stronie.
No i ostatnia sprawa, żeby nie zostawiać Was z niczym, to wrzucam 1 rozdział nowego opowiadania, który napisałam już jakiś czas temu pod wpływem chwilowego natchnienia. Historia zainspirowana książkami Olgi Gromyko i Aleksandry Rudej, bo niby czemu nie? Wiem, że główna bohaterka może się wydawać marysujką, ale to tylko w 1 rozdziale i dlatego, że jest on bardzo niepoprawiony.
Jeśli macie ochotę, przeczytajcie i dajcie znać, co o tym sądzicie.
Do usłyszenia, jak już odżyję! ;)

Rozdział 1
Wiedźma i smok

Zapisy na Uniwersytet Magów jak co roku cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Przed wejściem do szarego, masywnego budynku rozstawiono stanowiska wydziałów, z których dochodziły głośne nawoływania i zachęty do zapisów na konkretne kierunki. Przyszli uzdrowiciele prezentowali działanie eliksirów i zaklęć leczniczych na dolegliwości, które sami wywołali u kolegów po fachu, a śliczna młoda jasnowidząca wykrzykiwała natchnionym tonem przepowiednie, których kluczowe informacje zagłuszały zawodzenia znudzonej mantykory z Wydziału Magicznych Stworzeń.
– Kiedy księżyc... MIAUUU... razy, a... MIAUUU... powstaną, rozpocznie się... MIAUUU... Czy ktoś mógłby... MIAUUU... to cholerne zwierzę?!
Najmniej przejmowali się studenci Wydziału Stosunków Międzyrasowych, którzy przebrawszy się za elfy, krasnoludy i trolle rozłożyli się na trawie, tylko od czasu do czasu wciskając komuś ulotkę albo wykrzykując bełkotliwe zdania w zupełnie niezrozumiałych językach. W rzeczywistości wszyscy używali ludzkiego języka, a bełkot miał dużo wspólnego z porozrzucanymi dokoła opróżnionymi butelkami.
Największe zainteresowanie wzbudzał jednak Wydział Magii Praktycznej – grupy rozgorączkowanych kandydatów i ludzi niemagicznych tłoczyły się wokół wydzielonej przestrzeni, na której prezentowano widowiskowe pojedynki studentów, pełne błysków, huków i dymu o zapachu palonej gumy. Tablica obok budki głosiła:

WYDZIAŁ MAGII PRAKTYCZNEJ PRZYJMUJE ZAPISY NA KIERUNKI:
MAGIA ŻYWIOŁÓW
MAGIA BOJOWA
DEMONOLOGIA BOJOWA
NEKROMANCJA
A TAKŻE NOWOŚĆ:
ARTEFAKTY MAGICZNE!

Niewysoka dziewczyna, zdejmując ciepły płaszcz z futrzanymi wykończeniami, rzuciła okiem na pojedynek, pogłaskała mantykorę, która wesoło zamerdała ogonem i podeszła do stanowiska Wydziału Magii Teoretycznej. Stół zawalony był odręcznie rysowanymi schematami, obliczeniami i szczegółowymi pieczęciami.
– Cześć! – przywitał ją piegowaty chudzielec, przerywając rozmowę ze swoim kolegą. – Chciałabyś zostać teoretykiem? To naprawdę świetna ścieżka kariery! Możesz nauczyć się tutaj tworzenia zaklęć, sigili, nowych eliksirów i, we współpracy z Wydziałem Praktyków, artefaktów. Najważniejsze to przetrwać pierwszy rok, potem jest już z górki, co nie, Mirek?
Stojący obok chłopak w nieco przekrzywionych okularach pokiwał głową, z zainteresowaniem przyglądając się ciepłemu płaszczowi. Bezchmurne niebo i przyjemnie przygrzewające słońce w niczym nie przypominały typowo jesiennej pluchy, zimowy płaszcz zdawał się być przesadą. Mirek przegrzebał stertę papierów leżących na stole i podał jej trzy arkusze.
– Możesz się wpisać na więcej kierunków, ale za każdy dodatkowy musisz zapłacić pięć srebrnych. Jesteś z południa, no nie?
– Mhm – wymruczała, nie odrywając wzroku od wręczonych jej kartek. - A gdzie lista na sigile?
– Och, tam już nie ma miejsc. – Chłopak podrapał się po głowie z zakłopotaniem. – No bo wiesz, tam idą zazwyczaj wszyscy ci, co nie dostali się na Wydział Magii Praktycznej. Możemy cię wpisać na listę rezerwową, jeśli chcesz, tylko że ona też jest długa.
– Ale ja nie chcę niczego innego. – Miała delikatny, miły dla ucha głos, ale sposób, w jaki wypowiedziała proste zdanie, dawał jasno do zrozumienia, że była kimś, kto przywykł do wydawania poleceń. – Jest może ktoś, z kim mogłabym o tym porozmawiać?
Chudzielec nabazgrał szybko prowizoryczną mapkę i wręczył jej, mówiąc:
– Tutaj znajdziesz prorektora, ale naprawdę nie sądzę, żeby udało ci się coś zdziałać. Jeśli zostawisz nam swój dyplom ukończenia liceum, będziemy mogli wpisać cię na inny kierunek, zanim tam też zabraknie miejsc. A dyplom odbierzesz, wracając.
– Nie mam, uczyłam się w domu.
– Oż w mordę, jesteś wiedźmą? – wyrwało się chudzielcowi, za co zarobił kuksańca od Mirka. Wiedźma na uniwersytecie magicznym była widokiem rzadszym niż jednorożec w środowisku naturalnym.
– Nie szkodzi – odpowiedziała odruchowo dziewczyna kojącym głosem, którego zazwyczaj używała w stosunku do przestraszonych zwierząt. – Dla mnie to komplement, nie obelga. Dzięki za mapkę.
Gabinet prorektora Szulca znajdował się na pierwszym piętrze. Na przestronnym korytarzu nie było nikogo, więc zapukała do drzwi i weszła do środka. Krótko ostrzyżony mężczyzna w średnim wieku pochylał się właśnie nad jakimiś dokumentami. Gdy usłyszał stukanie, podniósł głowę.
– Niech zgadnę, chcesz się dostać na Wydział Magii Praktycznej, ale lista została już zamknięta – stwierdził zirytowany i odłożył długopis. – Nekromancja? – pokręciła głową –Szkoda, byłabyś dzisiaj już siódma.
– Nie – odparła spokojnie, dyskretnie rozglądając się po ciasnym pomieszczeniu. Na całe wyposażenie składało się zawalone dokumentami biurko, fotel i krzesło dla gości. Brakowało jakichkolwiek osobistych akcentów: zdjęć albo pamiątek. Na ścianie wisiał jedynie kalendarz i dyplom ukończenia uniwersytetu. – Jestem z południa, mamy słabe źródła energii, to i nieżywi zostają na cmentarzu. Ja w sprawie tworzenia pieczęci.
– Bardzo mi przykro, ale mam związane ręce, i tak przyjmujemy już za dużo kandydatów. Możesz się zapisać na inny kierunek i spróbować przenieść po pierwszej sesji, jeśli odpadną jacyś studenci, albo wrócić za rok, najlepiej z samego rana.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Od dziecka babka wpajała jej wszystko to, co sama wiedziała. Wiedźmy nie uczyły się w szkolnych klasach, a w zaciszach własnych chat, głównie z grymuarów swoich poprzedniczek. Nie posiadały więc specjalistycznej wiedzy z jednej dziedziny tak jak magowie, potrafiły za to uspokajać zwierzęta, kontaktować się z zaświatami, odganiać złośliwe demony, korzystać z magii otoczenia i leczyć. Przede wszystkim leczyć: ludzi, zwierzęta hodowlane, magiczne stworzenia... Jej jednak wciąż było mało, szukała więc dokładniejszych informacji na tematy już znane, a z czasem odkrywała zupełnie nowe, niezgłębione przez wiedźmy dziedziny. I tak dzień za dniem pochłaniała kolejne książki, na które wydawała wszystkie zarobione wiedźmową pracą pieniądze. Warzenie eliksirów, układanie zaklęć w nieznanych językach i, wreszcie, tworzenie pieczęci – otwierało przed nią nowe możliwości, nieograniczone, jak się zdawało.
Babka tylko kręciła głową. „Po co ci to?” – narzekała. – „Strzeżysławiec to spokojne miejsce, to, czego cię nauczyłam w zupełności wystarczy, te wszystkie bzdury zostaw magom, oni lubią chodzić z głową w chmurach, ty musisz twardo stąpać po ziemi”.
I właśnie teraz, kiedy babcia zgodziła się, by poszła na studia, nie starczyło dla niej miejsc. Zacisnęła zęby; nie chciała wracać z podkulonym ogonem.
– Naprawdę bardzo mi na tym zależy – spróbowała jeszcze raz, odgarniając grzywkę za ucho.
– Jak wszystkim, którzy tu przychodzą – odparł prorektor i pochylił się nad dokumentami. – Jeśli to już wszystko...
Dziewczyna w zamyśleniu pokiwała głową, ale nie ruszyła się z miejsca. Szybko rozważyła swoje opcje: wrócić do domu i zrezygnować z uniwersytetu czy wybrać inny kierunek? Babcia nigdy nie zgodzi się, by spróbowała jeszcze raz, musiałaby też wysłuchiwać tego, że magowie nie przyjęli jej, bo jest wiedźmą... A tutaj będzie miała dostęp do uczelnianej biblioteki; nawet jeśli nie będą jej uczyli tworzenia pieczęci, nadrobi to w wolnym czasie. Dzień jak co dzień. Więc... zaklęcia? Artefakty?
– A jak wygląda sprawa z egzaminem wstępnym? – zapytała.
– Jesteś samoukiem? – W głosie Szulca zabrzmiała nuta niezadowolenia.
Młodej wiedźmie zadrżała powieka. Nie lubiła, kiedy ktoś sugerował, że nie jest wystarczająco dobra, to poruszało w jej umyśle tę strunę, której nikt nie chciał poruszyć, ale dowiadywał się o tym sekundę za późno.
– Po części. A po części uczyła mnie babcia – odparła, tłumiąc ochotę wyszczerzenia na niego zębów. Ludzie nie rozumieli tego gestu i, zamiast powoli się wycofać, ratując skórę, robili coś głupiego: patrzyli z politowaniem albo rzucali kąśliwą uwagę, żeby pokazać, że to oni są górą, co tylko rozjuszało bestię, którą każdy ma w sobie. Jedni ukrytą głęboko, inni – tuż pod skórą.
– Nie myślałaś, żeby spróbować na jakimś mniejszym uniwersytecie? Tam jest mniej chętnych, no i nie trzeba mieć większych... kwalifikacji – powiedział ostrożnie.
Dziewczyna poczuła, jak bestia szarpie łańcuchami. Brak miejsc to jedno, ale sugerowanie, że jest gorsza, bo nie uczęszczała do liceum dla magów, które wcale nie gwarantowało jakiejkolwiek wiedzy, było szczytem bezczelności. A ona nie lubiła, gdy patrzono na nią z góry.
– Czy pan sugeruje, że jako wiedźma nie poradziłabym sobie na uniwersytecie dla magów? – Zagotowała się w niej krew, adrenalina uderzyła do głowy. Nawet nie zauważyła, że zacisnęła pięści.
– Sugeruję, że nie bez powodu mamy tutaj mało samouków – odparł spokojnie, acz dobitnie, nieświadom wewnętrznej walki, jaką wywołał u rozmówczyni. – Uczycie się wszystkiego po trochu i w efekcie nie macie odpowiedniej wiedzy. To są studia, wymagamy tutaj podstaw wyniesionych z liceum. Podstaw, których często samoukom brakuje.
Podstaw? Wakacje działają skuteczniej niż eliksir zapomnienia! – przemknęło jej przez myśl, bestia machnęła z rozbawieniem ogonem, oblizując wargi.
– Dlatego właśnie pytam o egzamin wstępny. Jeśli go przejdę, nie będzie żadnego problemu, prawda? – stwierdziła opryskliwie.
– Jak masz na imię? – westchnął ciężko prorektor, splatając dłonie na biurku.
– Bianka – odparła, zadzierając dumnie podbródek. – Mam na imię Bianka. I jestem lepszym magiem od większości tych waszych studentów.
– Słuchaj, Bianka, rozumiem, że czujesz się pokrzywdzona, ale ja naprawdę mam na uwadze twoje dobro. Po co masz marnować swój czas? Spróbuj sił na mniejszym uniwersytecie, gdzie mają mniejsze wymagania, a łatwiej będzie ci nadrobić zaległości. Jesteś z południa, tak? Swetydwor ma niezły program. Jeśli wyruszysz teraz, zdążysz zanim zamkną listy.
– Listy zamykają za dwa dni, a ja w Swetydworze mogę być za sześć godzin i to z postojem na obiad – prychnęła zirytowana. – Dziękuję bardzo za docenienie.
– To niemożliwe – uśmiechnął się z politowaniem Szulc. – Chyba że pomógłby ci wysoce wykwalifikowany mag.
– Żaden wykwalifikowany mag, tylko mój przyjaciel – stwierdziła wyniośle.
Prorektor spojrzał na nią ze zdziwieniem, prostując się w fotelu.
– Chcesz powiedzieć, że twój przyjaciel, który nie jest magiem z przynajmniej dziesięcioletnim stażem, potrafi cię przetransportować przez pół kraju w sześć godzin? – powiedział spokojnie, z uwagą dobierając każde słowo, a kiedy nie zaprzeczyła, dodał: – Jeśli jest tutaj, chciałbym go poznać. Dla maga o takich zdolnościach na pewno zrobimy wyjątek.
– Ach tak? – Bianka ze złości aż zazgrzytała zębami. Bestia zerwała łańcuch.
Miejsca były, ale tylko dla uprzywilejowanych. Babcia miała rację – magowie zawsze będą patrzyli z góry na wiedźmę ze wsi. Całe życie musiała to znosić. „Mag? Wiedźma nie może być magiem!”, „Twoje miejsce jest tutaj, w Strzeżysławcu”, „Uniwersytet dla magów? Kto nakładł ci tych bzdur do głowy? Gdzie popełniłam błąd?”... Szulc był odzwierciedleniem wszystkich przekonań babci, co do magów – próżny egoista rozdzielający ludzi na lepszych i gorszych.
– W takim razie musielibyśmy wyjść na zewnątrz. Damor nie lubi zamkniętych przestrzeni – wyjaśniła Bianka, starając się, by jej głos zabrzmiał spokojnie, choć wewnątrz była bliska wybuchu.
Szulc miał pecha zadrzeć z niewłaściwą wiedźmą. Pora wypuścić bestię.
Na placu panował zgiełk. Mantykora wciąż zagłuszała mroczne przepowiednie wróżbitki, a przyszli uzdrowiciele zamienili się rolami, ku uciesze jednych i udręce drugich. Praktycy zrobili przerwę w pojedynkowaniu, więc ludzie rzucili się do innych stoisk w nadziei na coś widowiskowego. Bianka przepychała się przez tłum bezimiennych ludzi, rozpychając łokciami tych, co nie chcieli jej zejść z drogi. Nawet nie zwracała uwagi na to, czy prorektor za nią idzie.
Gorsza! – prychnęła w myślach Bianka, kipiąc z gniewu. – Gorsza!
Odepchnęła ostatnich maruderów tarasujących jej przejście i wyszła na otwartą przestrzeń. Uniwersytet, oprócz starego, sypiącego się budynku, miał imponujący teren, na którym znajdowały się szklarnie, boksy dla magicznych stworzeń, kuźnia do wytwarzania artefaktów i miejsca, w których elementaliści mogli ćwiczyć panowanie nad czterema żywiołami. Szła przed siebie, aż uznała, że tak daleko wystarczy. Prorektor zatrzymał się tuż za nią.
Dam! – zawołała w myślach i natychmiast poczuła znajomą obecność. – Bądź tak uprzejmy i odbierz mnie z terenu uczelni.
– Miałaś mnie zabrać do twojego przyjaciela – powiedział tonem sugerującym, że z magami nie należy zadzierać.
– Zgadza się – potwierdziła z szerokim, fałszywym uśmiechem. – Za chwilkę tu będzie.
Stali przez kilkanaście sekund w milczeniu, mierząc się wzrokiem. Gdy Szulc stracił cierpliwość, Bianka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Ziemia zatrzęsła się, kiedy wylądował na niej piętnastotonowy smok z łuską czarną jak noc. Stanął na tylnych łapach, rozkładając szeroko skrzydła, które przesłoniły bezchmurne niebo. Bestia przybyła.
Przez ułamek sekundy zdawało się, że czas stanął w miejscu. Nikt się nie poruszył, nikt nie wydał z siebie nawet najcichszego odgłosu. Szulc zbladł tak bardzo, jakby sama Śmierć przyszła mu na spotkanie. I nagle ludzie zdali sobie sprawę z tego, co się dzieje. Rozległy się paniczne wrzaski i szlochy, niemagiczni rzucili się w kierunku metalowej bramy. Zapomnieli, że została zaczarowana tak, by zwijać pręty na kształt smoka i straszyć nieproszonych gości. Niektórzy zawrócili, inni uciekli, jeszcze inni zemdleli. Ale wszyscy wrzeszczeli.
– Damorze, poznaj proszę prorektora Szulca – powiedziała spokojnie Bianka, a jej głos, pomimo rozlegających się dokoła przerażonych krzyków, dotarł do wszystkich zgromadzonych na placu. Jutro będzie żałowała, że wystraszyła niewinnych ludzi, ale nie teraz, teraz była skupiona na pomszczeniu wszystkich wiedźm, które kiedykolwiek zostały znieważone przez magów. Damor skinął lekko łbem, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. – Pan prorektor zaproponował ci miejsce na uczelni.
Szulc zesztywniały z przerażenia, nie zaprzeczył. Całkowicie pochłonęło go wpatrywanie się w rząd ostrych jak miecz zębów. Tkwili tak w zupełnej ciszy, zakłócanej jedynie szelestem liści, aż do chwili, gdy rozległ się tupot wielu nóg. Przybyła Szulcowa kawaleria.
– Czy ktoś mi wyjaśni, co tu, do licha, robi SMOK?! – Niewysoki, pomarszczony staruszek z wąsem godnym pozazdroszczenia zatrzymał się w bojowej pozie przy zrozpaczonym Szulcu.
– To nowy student tworzenia pieczęci, prawda, panie prorektorze? – zapytała przymilnie Bianka, a Szulc rzucił jej mordercze spojrzenie. Powoli otrząsał się z przerażenia, jego palce zaczęły skrzyć, gotowe rzucić zaklęcie.
– Szulc, wyjaśnij mi to w tej chwili! – rozkazał staruszek. Bianka zrozumiała, że skoro może się tak zwracać do prorektora, z pewnością jest jego szefem.
– Nie ma o czym mówić, panie rektorze – wycedził Szulc przez zaciśnięte zęby, zerkając nerwowo na gada wielkości domku jednorodzinnego. – Ta... panienka zasugerowała, że jej przyjaciel jest bardzo potężnym magiem bez wykształcenia, zapomniała wspomnieć, że chodzi o smoka. To dzika bestia, która powinna zostać odizolowana. Nie ma mowy o studiowaniu.
– Skandal! Jawna dyskryminacja! – obruszyła się Bianka. Łuska Damora odbiłaby każde zaklęcie, a ona sama uaktywniła pieczęć ochronną, wygrawerowaną na jej bransoletce (pod naciskiem Damora spędziła prawie rok, doskonaląc każdą linię i każdy kąt, była więc pewna, że sigil jej nie zawiedzie). Bawiła się zatem wyśmienicie, patrząc, jak dwóch potężnych magów poci się z nerwów. – Krasnoludy mogą studiować, elfy też – ba! – nawet wampiry! To czemu nie smoki?
Rektor obserwował smoka, nie zmieniając swojej pozy. Do chwili namysłu, wyjaśnił:
– Krasnoludy, elfy i wampiry są istotami magicznymi, ergo potrafią tkwiącą w nich magię przekierować na zewnątrz pod postacią zaklęć. Znają też ludzki język, nawet jeśli używają go niechętnie, co pozwala nam na komunikację. I przede wszystkim posiadają własny rozum, a także nie stanowią zagrożenia dla pozostałych studentów.
– Więc jeśli Damor udowodni, że nie jest bezrozumną istotą, potrafi czarować i zna ludzki język, będzie mógł zostać studentem, czyż nie? – zapytała z ciekawością wiedźma. Była zła i chciała postraszyć trochę magów, nawet przez myśl jej nie przeszło, że smok mógłby uczyć się magii na uniwersytecie.
A chciałbyś? – zapytała.
Czemu nie? – w jej umyśle rozbrzmiał głęboki głos.
– Nie widzę przeciwwskazań – odparł rektor po chwili namysłu, zmierzywszy smoka spojrzeniem. – Jeśli spełni wszystkie warunki.
– Cudownie! – wykrzyknęła Bianka, klaszcząc w dłonie. – Dam, pieczęć ochronna.
Smok podniósł wielką, pazurzastą łapę, a wszyscy w jego najbliższym otoczeniu roztropnie zrobili kilka kroków w tył.
– Tak się składa, że znalazłam Damora, kiedy był pisklątkiem – wyjaśniła Bianka, kiedy gad rzeźbił pazurem w ziemi. – Jego matka nigdy nie wróciła, więc wychowałam go razem z babcią. Wiem, że wszyscy uważają smoki za dzikie i głupie jak but zwierzęta, ale one są naprawdę bardzo inteligentne i mają niesamowitą pamięć. Dam bardzo szybko podchwycił język i pieczęci, których się przy nim uczyłam. Aha, gotowe.
Rektor i Szulc zachłysnęli się z wrażenia. Na ziemi znajdował się sigil z idealnie odwzorowanymi runami i kątami między nimi. Damor położył łapę pośrodku pieczęci i wszyscy poczuli znajome uderzenie magii, kiedy przeniknęło przez nich zaklęcie roztaczające barierę ochronną.
– Powinno wystarczyć – stwierdziła Bianka.
– Nie tak szybko, młoda damo. – Rektor przyjrzał się uważnie jej, smokowi, pieczęci i znowu smokowi. – Jeśli nie masz nic przeciwko, sam go przetestuję.
– Damor nie ma nic przeciwko. – Wzruszyła ramionami. – Prosi tylko o pieczęć, bo z wiadomych przyczyn tylko z nimi nie ma żadnego problemu.
– Prosi? – zapytał Szulc z powątpiewaniem.
– Zgadza się. Damor ma problemy z wymową naszego języka. Przekażę to, o czym myśli – wyjaśniła spokojnie Bianka, ignorując gorączkowe szepty otaczającego ich tłumu studentów. Strach zastąpiła naukowa ciekawość.
– Jesteście telepatycznie połączeni? – zapytał rektor z niedowierzaniem. – To niesamowite! Nie wywołało to u ciebie żadnych skutków ubocznych?
Bianka zmarszczyła czoło w geście zamyślenia i po chwili odparła:
– Czasem śnię o lataniu. I podobają mi się błyszczące rzeczy.
...I mam ochotę chwalić się uzębieniem przed ludźmi, których nie lubię, i łatwo wpadam w gniew – roztropnie zachowała to dla siebie.
Ludzie kryją w sobie bestie, bestią Bianki był piętnastotonowy smok
– Niesłychane! – wykrzyknął rektor. – Nic poza tym? Żadnej chęci mordu? Niszczenia? Podpalania?
– Przecież powiedziałam już, że Damor nie jest bezrozumnym zwierzęciem! Został wychowany przez ludzi i zachowuje się jak na porządnego człowieka przystało – odparła zniecierpliwiona. – Możemy wrócić do egzaminu?
– Oczywiście. Więc on rozumie wszystko, co się do niego mówi? Damorze, czy mógłbyś proszę narysować sigil Petrova? – Smok pokiwał łbem i zaczął rzeźbić kolejną pieczęć. – Niesamowite! – Rektor przeniósł wzrok na niepozornie wyglądającą dziewczynę. Blada cera, okrągła twarz i jasne włosy zebrane w kucyk, nic, co świadczyłoby o ogromnym potencjale. – A ty, młoda damo...
– Bianka – przerwała mu.
– ...Bianko, sama wykonałaś zaklęcie łączące wasze umysły?
– Razem z Damem, oczywiście.
– Oczywiście – powtórzył rektor w zamyśleniu.
Kilka chwil później Damor skończył rysowanie pieczęci, a rektor się zaśmiał.
– No cóż, wygląda na to, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko powitać waszą dwójkę w naszych skromnych progach – rzekł wesoło. – Już nie mogę się doczekać tego semestru, mam wrażenie, że będzie niezapomniany.
– Pan chyba żartuje, panie rektorze! – wykrzyknął Szulc. – Przecież...! Przecież on nawet nie zmieści się w klasie!
– Może być na zewnątrz i zaglądać przez okno – odparła rezolutnie Bianka, klepiąc Damora po ciepłym pysku. – Podejrzewam, że nie macie tu gdzieś niezamieszkanej jaskini? Och, no nic, coś wymyślimy.
© Agata | WioskaSzablonówTechnologia blogger. metindemiralay malihu crazystylelove Google for flaticon