wtorek, 31 października 2017

Rozdział 9

Od ostatniego rozdziału całkiem sporo się u mnie wydarzyło - dostałam pracę, studiuję zaocznie i wisi nade mną widmo magisterki. Przyznam szczerze, że nie pogardziłabym chwilą odpoczynku raz na jakiś czas. Następny rozdział opublikuję pewnie najwcześniej za rok, ale opowiadanie w dalszym ciągu nie jest porzucone. Dotrę do końca, w ślimaczym tempie, ale dotrę - zobaczycie! Arleta nie da mi spokoju, jeśli nie doprowadzę jej historii do końca, i tak suszy mi głowę, że tak długo mi to zajmuje.
A gdyby ktoś uważał, że zmyślam, to podrzucam Dyńcię jako dowód. ;)
A tak poza tym to bawcie się strrrrasznie dobrze w to Halloween!


~  ~  ~ 

Arleta założyła, że korki z Arturem będą najgorszym, najbardziej żenującym doświadczeniem w jej życiu. Och, jak bardzo nie doceniła swojego pecha (którego teraz mogła już z czystym sumieniem nazywać Pechem, takim przez duże pe)! A zaczęło się przyzwoicie – Stefan był na tyle uprzejmy, że tylko podłożył Arturowi pęd. 
– Nie tym razem, kolego! – wykrzyknął radośnie blondyn, przeskakując nad rośliną, czym przyprawił Arletę o palpitację serca, bo przyszedł całe trzy minuty przed czasem i nie wszystko zostało jeszcze wepchnięte do szafy w ramach sprzątania. Zrzuciła pośpiesznie opakowania po chipsach, paluszkach i herbatnikach w czekoladzie na podłogę i szybko wkopała je pod łóżko, jednocześnie narzucając koc, żeby okruszki ani piżama w różowe mandragory nie rzucały się za bardzo w oczy. 
I wtedy nastąpiło ciche jęknięcie poprzedzone dość znaczącym łupnięciem. Arleta wybiegła na zewnątrz w samą porę, by zobaczyć, jak Artur podnosi się z ziemi, otrzepując spodnie. 
Touché – stwierdził z uznaniem. – Nie zauważyłem drugiego pędu. 
– Stefan! – wrzasnęła Leta z naganą. – Przecież prosiłam! Przepraszam – zwróciła się do Arta – nic ci nie jest? 
– W żadnym razie. To taka nasza męska potyczka. Następnym razem się policzymy – stwierdził spokojnie, a liście Stefana zadrżały, niczym w ataku złośliwego śmiechu. – To co, gotowa na korki? – zapytał z błyskiem w oku. 
Tak byłoby kłamstwem, nie tylko wszystko by pogorszyło, więc Arleta ograniczyła się do elokwentnego eee, ale zaraz przypomniała sobie, że jako gospodyni ma pewne obowiązki. 
– To może wejdziemy do środka? – zaproponowała nieśmiało, czując, że na policzki wpełza jej zdradziecki rumieniec, bo jedyna myśl odbijająca się echem w jej umyśle brzmiała o-mój-borze-dumny-i-szumiący-Artur-w-moim-domu. 
Art, usłyszawszy bulgot dobiegający z lewej strony, nagle przystanął zaintrygowany. Arleta zamarła, widząc okrągłą, rozczochraną głowę wyłaniającą się z otworu studni. 
– Pani ...dźmo – zabulgotał Zeflik, a jego żółte ślepia zalśniły złowieszczo. 
Co tam jedno upokorzenie w tę czy we w tę – pomyślała młoda wiedźma z rozpaczą. 
– A ten fajfus to się pani ...dźmie narzuca? My go z synem stąd raz-dwa, ino słowo, pani ...dźmo. 
– Nie! – wrzasnęła Arleta. – Nienienienie! To jest mój nauczyciel, Zeflik, żadnego raz-dwa z synem. ŻADNEGO, rozumiesz?! 
Zeflik zabulgotał przeciągle w dwóch tonach, co dziewczyna zinterpretowała jako wyraz niezadowolenia. 
– ...pewno? Rybki bedom zdrowsze i pulchniejsze. Nikt siem nie dowie, ciała nie znajdom. Blub? 
– Zeflik, nie wolno ruszać Artura! Artur może tutaj przychodzić, kiedy zechce, a ty go palcem nie tkniesz, blub? – Przygryzła wargę z zakłopotaniem. – Znaczy się – jasne? 
– ...ssssne. Jak utopcątka. To ja pójdem po rybkem dla pani ...dźmy i czarta. – Wyskoczył ze studni z donośnym plaśnięciem i skierował swe mlaszczące kroki w kierunku wartkiego strumyka przepływającego przez las. 
Arleta skuliła się w duchu z bolesną świadomością, że jej policzki wypala gorąc – korepetycje zaczynały się gorzej niż przypuszczała, choć musiała przyznać, że oferta pomocy utopca bardzo mile ją połechtała. Skierowała na Artura najżałośniejsze spojrzenie, na jakie było ją stać, licząc na to, że nie wszystko stracone, i zdębiała. Art wpatrywał się w nią jak w ósmy cud świata, a oczy błyszczały mu niczym dwie latarnie. 
– Niesamowite! – Dotarły do Arlety jego słowa, choć miała ogromny problem z utrzymaniem świadomości w ryzach, kiedy patrzyła w piękne, brązowe tęczówki, które na kilka chwil stawały się całym jej światem. – Nigdy w życiu nie widziałem udomowionego utopca! 
Młoda wiedźma co prawda nigdy dotąd nie wykazywała zdolności jasnowidzenia, ale podskórnie przeczuwała, że Zeflik nie odszedł wystarczająco daleko, a jego wybuchowy charakter znała aż za dobrze (do tej pory swędziało ją na myśl o przesadzaniu przytulii). Malownicza wiązanka przekleństw tylko potwierdziła jej domysły. Trzeba było przyznać Zeflikowi, że znał się na rzeczy. Od zidiociałych durniów, przez wyjątkowo kreatywne klątwy mające zagwarantować wylęg żab w domu Arta, brak potomstwa i dużo rzeczy związanych z ogniem, aż po nieprzyjazne bluby i plumy, kiedy skończyły mu się pomysły, które mógł wyrazić ludzkim językiem. Arleta skrzywiła się na myśl, że można tak zbezcześcić przyjaźnie brzmiące słowa. Rozejrzała się zrozpaczona za Impem, bo tylko on mógł ostudzić zapędy Zeflika, który już człapał w stronę Artura z zamiarem przejścia do rękoczynów. Sam Artur wydawał się uprzejmie zdziwiony słownictwem utopca, a Arleta zrozumiała, że był to prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy ktoś zwracał się do niego w ten sposób. Niech to Leszy, przecież do Artura łasiły się nawet zranione gryfy! 
Utopiec podszedł do Krzeszowskiego, splunął mu pod nogi i kopnął z mlaśnięciem w kostkę, a Arleta zobaczyła o kawałek bladozielonego uda za dużo, gdy wodorosty nieco się rozsunęły. Artur uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia. W nagłym przypływie odwagi (lub głupoty – zależy jak na to spojrzeć) wiedźma złapała Zeflika pod ramiona i odniosła go w okolice studni, gdzie nagle zmaterializował się Imp. 
– Zeflik, zostań! Artur nie chciał cię obrazić, po prostu nigdy wcześniej nie spotkał utopca i nie wiedział, jak się zachować. Imp, pilnuj! – rozkazała z całą stanowczością, którą potrafiła z siebie wykrzesać. 
Nieopatrznie pomyślała, że gorzej już być nie może. A jak wiadomo Opatrzność nie lubi, kiedy rzuca się jej wyzwania.
Kiedy wpuszczała Artura do Dyńci, czuła na sobie jego roziskrzony wzrok i widziała kątem oka, jak kiwa głową z szerokim uśmiechem, takim, który pewnie stopiłby i lodowiec, gdyby dać mu szansę. Poczuła, jak oblewa ją zimny pot, bo paradoksalnie jedyne, na co miała ochotę, to walić głową w najbliższą ścianę. Chciała wykrzyczeć, żeby przestał sobie licho wie co wyobrażać, że lgnące do niej dziwactwa nie są jej winą, ale jednocześnie myśl, że ma o niej tak dobre zdanie, przyprawiała ją o szybsze bicie serca. 
– Zeflik tylko wynajmuje studnię – wyjaśniła speszona, stawiając na ogniu blaszany kociołek z wodą, ten do gotowania, nie ten do robienia eliksirów – nigdy, przenigdy nie należało ich mieszać, tak głosiły podstawy Bezpieczeństwa Higieny Magii, a Arleta wolała ich przestrzegać od czasu pamiętnego obiadu, podczas którego niechcący zmieniła całą swoją rodzinę w kucyki Pony. Wyjątkowo elokwentne i rozzłoszczone kucyki, które lubiły gryźć i machać kopytami zdecydowanie zbyt blisko jej ciała. – Masz ochotę na herbatę? 
– Poproszę. A masz miętową? 
– Nie, ale za domem rośnie mięta, mogę zrobić – odparła pospiesznie i skróciła sobie drogę, wychodząc oknem. 
Okna na tyłach Dyńci znajdowały się trochę niżej niż te z przodu, więc wyskakiwanie przez nie nie stanowiło żadnego problemu. Dotychczas, ma się rozumieć. Tym razem jak na złość musiała zahaczyć stopą o parapet i wylecieć z impetem na zewnątrz, zatrzymując się na Alfonsie – krzaku piołunu, rośliny wykorzystywanej do wzmagania zdolności jasnowidzenia. Nie umknęła jej ironia tego zdarzenia; w końcu mogła przewidzieć, że Pech wykorzysta każdą okazję, by ośmieszyć ją przed Arturem.  
Może nie zauważył? – pomyślała z nadzieją, jednak szybko przekonała się, że nadzieja rzeczywiście jest matką głupich, a ona była najgłupsza ze wszystkich dzieci. 
– Rany, Arletko, nic ci nie jest? – zapytał z przejęciem Artur, wychylając się przez okno. 
Jęknęła w duszy rozdzierająco; nawet fakt, że tak ładnie zdrobnił jej imię nie pomógł w chwili – zdawać by się mogło – ostatecznego upokorzenia.
– Nie, nie, wszystko gra, często tak robię – wypaplała, co jej ślina na język przyniosła, otrzepując spodnie. Czuła, że rumieniec sięgnął już szyi, więc starała się trzymać głowę nisko, oskubując miętę z listków. Nie mogło być już gorzej, prawda? 
PRAWDA? 
No to dlaczego tak się na nią gapił?! 
– Arletko... – zaczął Artur ostrożnie. 
– Tak? – westchnęła zrezygnowana. 
– Nie chcę niczego zakładać, ale czy ja dobrze rozumiem, że ta mięta podsuwa ci listki do oberwania? – Artur już wyciągnął swój notes i zawiesił nad nim długopis, czekając na odpowiedź. 
Arleta spojrzała na Artura, następnie na miętę, która rzeczywiście wyciągała w jej stronę pędy, i z powrotem na Artura. 
– No... tak. Rośliny lubią pozbywać się listków, które niedługo stracą – odpowiedziała powoli, nie do końca zrozumiawszy, w czym problem. 
– Mhm... – wymruczał Artur, prędko notując. – A skąd to wiesz? Powiedziały ci? 
– R-Rośliny? – zająknęła się Leta. – Przecież one nie mówią! – zawahała się przez chwilę i pochyliła w stronę korepetytora, szepcząc konspiracyjnie. – Nie mówią, co nie? 
Artur zamrugał zaskoczony i roześmiał się, targając swoje włosy z zakłopotaniem. Arleta przyjrzała mu się nieśmiało, zakłopotany Artur był dla niej czymś nowym. I niezwykle uroczym. 
– Nie, nie mówią. Myślałem... Nieważne. To skąd wiesz, co lubią? 
– Och... No nie wiem. Domyśliłam się? 
Garść liści mięty wystarczyła na kilka kubków herbaty, więc Arleta podeszła z powrotem do okna. 
– Może wejdziesz drzwiami? – zaproponował łagodnie Artur, a Leta pokiwała głową i obeszła Dyńcię dokoła, błagając każde bóstwo, które było skłonne ją wysłuchać, by te korki wreszcie się skończyły. Choć na dobrą sprawę jeszcze się nie zaczęły, ona już wyrobiła miesięczną normę ośmieszania się. Powinna była zrobić wszystko, żeby zmienić korepetytora; Krzeszowski nagle wydał się nemezis, którego należało pokonać, by wypełnić misję. Chociaż nie – jeśli ona byłaby tajną agentką w filmie czaroszpiegowskim, Artur pewnie występowałby w roli ślicznej dziewczyny, która uwodzi głównego bohatera, po to, by wykraść tajne informacje. Parsknęła cicho, wyobrażając sobie, że Artur mógłby próbować ją uwieść w zamian za przepis na odżywkę la Fievre'a i poczuła się trochę lepiej (choć nie na tyle, by spojrzeć mu w oczy). 
– Nigdy nie słyszałem, żeby utopiec wynajmował studnię czarownicy – zagaił Artur, wciąż przyglądając się krzewowi mięty, a Arleta poczuła nagłą wdzięczność za zignorowanie tematu lądowania twarzą w krzakach. 
– No, tak jakoś wyszło – odparła zgodnie z prawdą, stawiając herbatę na stoliku. – Wyprowadził się z pobliskiego strumyka, bo synowi urodziły się utopcątka. Nie wyrzucę go przecież... – Postanowiła nie wspominać o nieudanej próbie. 
– To bardzo ładnie z twojej strony – stwierdził Artur, kiwając głową aprobująco. – To co, zajrzałaś do notatek, które ci zostawiłem? 
Arleta potaknęła.  
– Powiedz mi w takim razie, skąd się biorą rarogi – powiedział, upijając łyk herbaty. – Pychota. Świeża mięta jest najlepsza. 
– Eee... – zaczęła, choć tak naprawdę chciała zapytać: co to, do jasnej cholery, są rarogi?! 
Artur dostrzegł panikę na jej twarzy, uśmiechnął się wyrozumiale i odstawił herbatę. 
– Nie doszłaś jeszcze tak daleko, co? – zapytał, na co Arleta przygryzła wargę z zakłopotaniem. – Nie szkodzi. Rarogi to takie nieduże demony, które chowają się w kieszeni właściciela. Najczęściej przypominają sokoły, ale nie pogardzą wyglądem innego drapieżnego ptaka. Ludziom wydaje się, że przynoszą szczęście, więc chętnie wysiadują jajko przez dziewięć dni, ale to tylko w połowie prawda: prędzej czy później odwracają się od swojego właściciela, który zaczyna mieć strasznego pecha. 
Arleta ożywiła się nieco na wzmiankę o pechu. Może jej Pech to wina raroga? Co prawda nie wysiadała żadnego jajka, ani nie widziała w pobliżu żadnego drapieżnego ptaka, ani też nigdy nie miała szczęścia, nawet pomimo posiadania tylu talizmanów... Dyskretnie poklepała się po kieszeniach, ale jedyne, co się w nich znajdowało, to papierki po cukierkach. Nie, to jednak nie mógł być raróg. 
– No to może powiesz mi, jak odróżnić dworowego od opiekuńczych duchów domowych? 
– O! Wiem to, wiem! Czekaj, o rany, eee... Oni wszyscy wyglądają jak mali staruszkowie, tylko dworowy jest... eee... on ma... kolorowe włosy! – Arleta odetchnęła z ulgą, kiedy Artur się uśmiechnął. Przy okazji ścisnęło ją gdzieś w środku na widok uroczych dołeczków, które pojawiły się w jego policzkach. 
– Bardzo dobrze! – pochwalił ją Art, z namysłem obracając kubek w dłoniach. – Doszłaś do pytania o kłobuki? 
Arleta niepewnie przytaknęła. Kłobuki były ostatnim punktem, który przeczytała przed snem, i była już tak zmęczona, że zbytnio się na nim nie skupiła, ale wstyd jej było przyznać, że przeczytała tylko trzy strony. 
– On przynosi szczęście? – zgadła. 
– W pewnym sensie. Przynosi coś konkretnego – podpowiedział korepetytor. 
– Pieniądze? – spróbowała jeszcze raz. 
– Między innymi. Coś jeszcze, coś, czego pieniądze są częścią... 
– Skarby? 
Artur wydawał się rozbawiony. 
– Zależy, co uznajesz za skarb. Raczej mówi się, że kłobuk znosi do właściciela bogactwa. To mogę być pieniądze, ale też zboże i inne wartościowe przedmioty. A dlaczego kłobuki są złe? 
– Bo... one... kradną? – strzeliła. 
– Bardzo dobrze! – pochwalił ją Artur. – A co zrobisz w przypadku ataku wietrzycy? 
I w tym momencie wyczerpał się limit szczęścia Arlety. 
– Schowam się – wyrwało się jej. Przygryzła wargę z zakłopotaniem i dodała: – I wezwę członków OGR-u. 
– Trochę za mały stopień zagrożenia dla OGR-u – wyjaśnił korepetytor. – Sama spokojnie dasz sobie radę, jeśli masz przy sobie pobłogosławiony nóż. 
Arleta uciekła spojrzeniem. Mówił tak, bo nie wiedział, jak marny jest jej cel. 
– ...bo masz pobłogosławiony nóż, prawda? – zapytał Artur zaniepokojony. Nóż pobłogosławiony przez wybrane bóstwo w rytualnym obrządku był jednym z ważniejszych atrybutów czarownic i czarodziejów – wzmacniał działanie zebranych nim ziół i stanowił jedyną obronę przed niektórymi demonami. 
– Tak jakby – odparła Arleta, przestępując z nogi na nogę. Niech te korki się wreszcie skończą! 
– Nie można mieć tak jakby pobłogosławionego noża, Arletko – wyjaśnił Artur spokojnie, choć zdawał się zaniepokojony. 
– Ale można tak jakby go mieć. – Art pytająco uniósł brwi, więc Arleta ciężko westchnęła i wyjaśniła: – W kawałkach. Dwóch. 
– Jak to się stało? – zdumiał się Artur. 
– Tak jakoś... samo. Stary już był – odparła młoda wiedźma, przemilczając fakt, że troszkę mu pomogła w podróży do zaświatów. Tylko troszeczkę. Właściwie to był przypadek, w którym dużą rolę odegrał Pech. Pech, nocni goście i okropny cel. 
Artur westchnął ciężko. Arleta wiedziała już, że po zachwycie nie pozostało absolutnie nic i wcale jej to nie dziwiło, mimo to było jej cholernie przykro. Tak dogłębnie, gdzieś na poziomie istoty magicznego jestestwa. Bo – jak boleśnie sobie uświadomiła – tylko Art patrzył na nią inaczej niż z politowaniem. Do tej pory ma się rozumieć. To, co nadeszło później, przyjęła więc ze zwyczajnym dla niej zrezygnowaniem. 
Leta doskonale wiedziała, co ją czeka, mimo to perspektywa nie była przyjemna. Będzie musiała zmierzyć się ze swoim największym wrogiem na oczach ukochanego. I dobrze wiedziała, kto w tym pojedynku zwycięży. 
– No dobrze, na dziś wystarczy teorii. To co, pora na eliksiry?
Poległa. Tak jak przypuszczała. Choć powód był zaskakujący. 
Artur odchrząknął, rozmazując eliksir na swoich okularach. Chciała mu powiedzieć, że to tylko wszystko pogorszy (w końcu wybuchający eliksir to dla niej nie pierwszyzna), ale zajęta była spiekaniem buraka i zagryzaniem warg. Całe szczęście, była usmarowana od stóp do głów wywarem, bo istniało prawdopodobieństwo, że Art nie zauważy, jak bardzo była zawstydzona. 
– Przepraszam – jęknęła Arleta, kuląc się w sobie i wciąż rozpamiętując wydarzenia, które doprowadziły do eksplozji. To była jego wina! Radziła sobie doskonale (co samo w sobie było podejrzane!), dopóki nie pochylił się ponad jej ramieniem, żeby zajrzeć do kociołka. Każdy upuściłby cały pęk piołunu zamiast jednej gałązki, gdyby Artur znalazł się tak blisko! Każdy! Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego, jak działa na otoczenie?! Powinna założyć mu dzwoneczek, żeby nie mógł się tak skradać... 
– Głowa do góry, mogło być gorzej. To ja przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. Zaraz to wszystko uprzątniemy. Znasz zaklęcie czyszczące? – zagadnął, sięgając po różdżkę. 
– Tak... ale... hm... - wymamrotała. Nie była pewna, czy w obliczu tak strasznej klęski, poinformowanie go, że zaklęcia też jej nie wychodzą, było dobrym pomysłem. Może lepiej byłoby zachować to na inny dzień? 
– No to już. Na trzy. Raz... dwa... trzy! – Machnął różdżką, wypowiadając inkantację. Arleta poszła w jego ślady, postanowiła jednak wymamrotać niewyraźnie coś pod nosem, licząc na to, że jego zaklęcie będzie na tyle mocne, by wystarczyć na całą Dyńcię. Całe szczęście, nie pomyliła się – pomieszczenie lśniło czystością. Arleta po kryjomu odetchnęła z ulgą, czując też niewielkie ukłucie zazdrości. Nawet Saszka, mocna w zaklęciach, potrzebowała kilkukrotnego powtórzenia inkantacji, by doprowadzić Dyńcię po ostatnim fiasku do takiego stanu. 
Gdy odstawiała kociołek na miejsce, usłyszała radosny głos Arta: 
– Oooch! Jaki śliczny kotek, to twój? Jak się wabi? 
Arlecie pociemniało przed oczami. Odwróciła się błyskawicznie i rzuciła ratować Artura. 
– Nie, czekaj! – wrzasnęła. – On nie lubi, kiedy się go... 
Zamarła. Artur wyświadczył jej przysługę i też zamarł, patrząc na nią z zainteresowaniem. Można powiedzieć, że zamarł prawie w całości – jego ręka wciąż miziała puszysty brzuszek zadowolonego Impa. 
– ...głaszcze – dokończyła Arleta w stanie szoku i klapnęła na stołek, który niebezpiecznie się pod nią zachybotał. 
Imp właśnie łasił się do Artura. 
IMP. 
ŁASIŁ SIĘ. 
Światopogląd Arlety legł w gruzach. Jeśli w jej życiu istniała jakakolwiek stała, to był nią Imp, który z zasady był nieczułym czarcim pomiotem. 
Głośne plaśnięcie od strony drzwi uświadomiło jej, że ktoś podzielał stan, w którym się znalazła. Zeflik roztaczał wokół siebie aurę niedowierzania i rybiego smrodku, a pod sobą kałużę rzecznej wody. Podreptał w stronę Artura, zostawiając za sobą mokry ślad, i wcisnął mu rybę, wciąż gapiąc się na Impa. 
– Dla pana ...dźmy – powiedział z niemal nabożnym szacunkiem, a jego wytrzeszczone oczy zdawały się dodawać: za poskromienie diabła.